Skandaliczne zachowania księży wobec młodzieży, prócz wszystkiego, świadczą o tym, że duchowni działają czasem na oślep jako wychowawcy i osoby publiczne. Winni muszą natychmiast przeprosić i poddać się karze, a ich przełożeni muszą przekonać opinię publiczną, że dobro wychowanków jest dla nich znacznie ważniejsze niż dobre imię winowajców.
REKLAMA
Na początku lat 90. uczyłem katechezy w szkole podstawowej w Bytomiu. Była to standardowa praktyka młodych jezuitów w czasie tzw. „magisterki”, czyli rocznego stażu między filozofią i teologią. Religia trafiła wtedy do szkół, więc miałem pewne trudności, żeby ten staż sformalizować.
W sekretariacie szkoły przedstawiłem oświadczenie wydane przez moją alma mater, z którego wynikało, że trzyletnie studia filozoficzne zakończone bakalaureatem (odpowiednik licencjatu) uprawniają mnie do odbycia stażu, co nie do końca było prawdą, bo program filozofii nie obejmował żadnych zajęć z dydaktyki, zaś cała moja wiedza teologiczna wynikała lektur, osobistych zainteresowań i wykładów wysłuchanych wcześniej w nowicjacie, który u jezuitów trwa dwa lata, jest jednak czasem formacji zakonnej, nie studiów. Z kościelnego punktu wszystko było w porządku, po pięciu latach życia zakonnego mogłem katechizować dzieci, podobne staże jezuici odbywali od XVI wieku, ale w warunkach polskiej szkoły mój staż był de facto pracą na pełny etat, bezpłatną wprawdzie, ale obejmującą 18 godzin lekcyjnych w tygodniu, pełne pensum plus dyżury, bez żadnej kontroli czy superwizji, nadto z dużą ilością zajęć pozaszkolnych w parafii, w więzieniu i grupach młodzieżowych.
Do dziś niewiele się zmieniło. Stażyści nie mogą wprawdzie pracować na etat i są poddani ścisłemu nadzorowi, ale z chwilą, gdy ów stażysta kończy drugi fakultet z dyplomem magistra teologii, jego wiedza i umiejętności dydaktyczne są niewiele większe, bo przecież semestr lub dwa godzinnych zajęć z dydaktyki katechetycznej, na jakie może liczyć w seminarium, niewiele wnoszą.
Sprawa komplikuje się jeszcze bardziej, gdy ów magister ma zająć się nie tylko katechezą, ale także wychowaniem młodzieży w placówce pobytowej. Nawet najlepsze studia nie są w stanie przygotować go do takiej pracy, jest ona przecież bardziej sztuką niż pracą, wymagającą pełnego osobistego zaangażowania, ale także „pamięci instytucjonalnej” przechowywanej w danym środowisku od pokoleń. Nie chodzi tu o krój szkolnej marynarki ani nawet o szczegóły regulaminów wewnętrznych, ale całą kulturę środowiska przekazywaną z pokolenia na pokolenie, modyfikowaną ad hoc, w głębi niezmienną i czytelną dla wszystkich.
Kościelne placówki wychowawcze w Polsce ją utraciły, gdy w 1951 r. nagle przestały istnieć z woli reżymu (kilkunastu pozwolono wegetować), a seminaria kształcące księży zostały zredukowane do niewielkich placówek wychowawczych, przez państwo w ogóle nieuznawanych za szkoły wyższe, pozbawionych regularnych kontaktów z uniwersytetami. Katechizacja dzieci odbywała wtedy w salkach parafialnych, więc żadne polskie seminarium nie posiadało ani wydziału, ani nawet skromnego instytutu pedagogiki, który kształciłby kadry zajmujące się kształceniem.
Odbudowa struktur wychowawczych wciąż jest w toku. W Polsce działa obecnie ok. 350 katolickich szkół średnich, z których znakomita większość prowadzona jest przez zakony i diecezje, rzadziej przez stowarzyszenia, oraz kilkaset żłobków, przedszkoli, internatów, domów dziecka i samotnej matki oraz innych ośrodków wychowawczych. Wszystkie cieszą się dobrą lub bardzo dobrą opinią, a niektóre są wręcz oblegane, jednak źródłem tego sukcesu w jakieś mierze jest słabość placówek publicznych, a tylko w części siła i wewnętrza sprawność placówek kościelnych.
Panuje powszechne i chyba słuszne przekonanie, że placówki kościelne dbają o karność swoich wychowanków, co ułatwia im osiąganie statystycznie nieco lepszych wyników w nauce, w rzeczywistości nie mniej ważną rolę w tym procesie odgrywają sami rodzice, wszak to oni, przejęci losem swoich dzieci, szukają takich placówek, z którymi łatwiej im współpracować.
Dalszy rozwój szkolnictwa katolickiego w Polsce zależy głównie od jakości zarządzania tymi placówkami. Na entuzjazmie samych rodziców nie da się już więcej zbudować, bo jego pokłady są ograniczone w każdej populacji, natomiast jakość zarządzania na pewno można poprawić, o czym świadczą nie tylko wybryki kilku wychowawców w sutannach, ale także czas, jaki upływa do skandalu do przyznania się do winy, a także oczywista dla wszystkich różnica, jaka zachodzi między skruchą podjętą szczerze, szybko i z własnej woli, a karą nałożoną w końcu, po długich mękach przez kuratorium na winowajcę, który wciąż nie potrafi przyznać się do winy.
