Dzień jego narodzin nie trafił do annałów, wiemy tyko, że przyszedł na świat w Betlejem, w królestwie Judei, pod koniec panowania Heroda zwanego Wielkim. Cezarem Rzymu był wtedy Oktawian August.

REKLAMA
Spośród czterech ewangelistów jedynie Łukasz podaje bliższe koordynaty czasowe narodzin Jezusa, aczkolwiek i jemu brak należytej precyzji. Łukasz sugeruje, że panowanie Heroda Wielkiego i rządy Kwiryniusza zbiegały się ze sobą w czasie (Łk 1,5; 2, 1–3). W rzeczywistości Herod Wielki jako tzw. rex socius, lennik Rzymu, władał Judeą w latach 37–4 przed naszą erą, zaś Suplicjusz Kwiryniusz był zarządcą syryjskiej prowincji cesarstwa dopiero w latach 6–7 naszej ery i wcześniej tej funkcji nie pełnił, choć mógł tam działać jako niższy urzędnik, dlatego większość historyków przyjmuje za Tertulianem („Przeciw Marcjonowi”, 4,19), że Jezus urodził się nie podczas spisu Kwiryniusza, ale jakiegoś wcześniejszego, wstępnego spisu majątkowego ogłoszonego przez Gajusza Sencjusza Saturniusa, legata cesarskiego, zarządcy Syrii w latach 9–7 p.n.e.
Herod musiał przeprowadzić u siebie podobny spis, stanowił on bowiem ważny element reform fiskalnych Oktawiana, od którego zależał. Dotychczasowy system tzw. upraw podatkowych, w którym rolę kolektorów pełnili ludzie zamożni, uiszczający należne podatki za innych z własnych środków, a następnie odzyskiwali je od podatników, został zastąpiony jednolitym systemem państwowym obsługiwanym przez administrację cesarską i opartym na dokładnym rejestrze osobowym i majątkowym. Ograniczyło to korupcję i w efekcie zwiększyło wpływy do publicznej kasy.
Nowy system fiskalny respektował realia gospodarcze i administracyjne. Italia i Rzym płaciły głównie podatki pośrednie, zaś prowincje podatki bezpośrednie, wynoszące np. 4% od ceny zakupu niewolnika, 1% od ceny dóbr zbywanych na aukcji oraz 5% wartości spadków przekazywanych osobom nie spokrewnionym. Warto było poddać się spisowi w rodzinnych stronach, aby wykazać tam jak najwięcej pokrewieństw. W czasie wstępnego spisu majątkowego ważnym motywem do odwiedzenia rodzinnych stron mógł być pozostawiony tam tytuł własności.
Józef z Nazaretu przynaglony cesarskim rozporządzeniem wyruszył z Galilei, gdzie poślubił Marię, do rodzinnego Betlejem w Judei. Ta podróż ma dla narratora znacznie teologiczne. Akt władzy cesarskiej, który rzeszom ludzkim nadaje nową tożsamość, wzmacniając tym samym autorytet samego Augusta, dla Łukasza jest aktem legitymującym kogoś zupełnie innego, kto w tym samym czasie rodzi się w Betlejem, miejscu wskazanym przez proroka Micheasza jako miejsce narodzin opatrznościowego króla, potomka Dawida (Mi 5, 1). Betlejem odsłania głębszy wymiar ludzkiej historii, ukryty za przypadkowym ciągiem zdarzeń, które w świetle słowa Bożego przestają być przypadkowe, okazuje się bowiem, że Bóg przy ich pomocy swobodnie realizuje swoje plany. To na nich Łukasz skupia swoją uwagę.
Jezus, syn Marii, jest potomkiem królewskim i synem bożym. To pierwsze powinowactwo ilustrują tabele genealogiczne spisane przez Mateusza i Łukasza, wskazujące na przynależność Jezusa do konkretnej linii rodowej, a zarazem pozwalające każdemu czytelnikowi na osobiste utożsamienie z Jezusem przez wspólnych biblijnych przodków. To drugie potwierdza sam Bóg przez swych anielskich posłańców. Niewidzialny świat adoruje Dziecię w chwili narodzin, ale mieszkańców ziemi, prócz Józefa i Marii, reprezentują tam tylko pasterze – także na wpół „niewidzialni”, bo wyrwani ze snu i wywodzący się najniższej grupy społecznej. Sądy nie zwykły przyjmować ich świadectwa jako wiarygodne. I nikt inny. Lista nieobecnych w Betlejem jest długa.
Otwiera ją Herod, jeden z najwybitniejszych polityków żydowskich, odnowiciel królestwa, które rozpadło się wkrótce po jego śmierci, a zarazem budowniczy największego kompleksu sakralnego w tym okresie starożytności. Z racji pełnionych funkcji Herod mógł być nowym Abrahamem, ojcem dojrzałej wiary w nowo narodzonego Mesjasza. Mateusz wspomina, że Herod podobnie jak Abraham przyjął wizytę trzech tajemniczych pielgrzymów, którzy wypytywali go o niezwykłego królewicza (Mt 2,1-12). Niestety, Herod nie był w stanie go przyjąć nawet w wymiarze czysto ludzkim. Pod koniec życia na skutek choroby stał się obsesyjnie podejrzliwy. Uśmiercił swego pierworodnego syna Antypatera z pierwszej żony Doris, zgładził także drugą, ukochaną niegdyś żonę Mariamme, jej matkę, brata i dwóch synów, i wiele innych osób. Dowiedziawszy się o królewiczu narodzonym w Betlejem, miał wysłać tam siepaczy.
Przy żłóbku betlejemskim zabrakło także autorytetów religijnych Izraela, przedstawicieli licznych stronnictw religijnych, a nawet mieszkańców samego Betlejem i ich gości. Ci ostatni nie chcieli zapewne zaciągnąć rytualnej nieczystości przez kontakt z kobietą w połogu, co nie pozwoliłoby im potem na wizytę w świątyni jerozolimskiej. Ci pierwsi, jak się wydaje, wiązali z tą świątynią wszystkie swoje nadzieje, także te bardziej przyziemne.
Herod Wielki zaczął wznosić tę świątynię w roku 20 p.n.e. i wyposażył ją w ogromny dziedziniec zewnętrzny, dostępny także dla pogan, którego nie przewidywało prawo mojżeszowe. Herod potraktował ten plac jak wizytówkę miasta, otoczył monumentalnymi portykami i bogato ozdobił. W cieniu kolumnad, podobnie jak w rzymskich bazylikach, działały urzędy świątynne i szkoły różnych szczebli, a także izby podatkowe, kantory wymiany walut i stragany, na których można było nabyć zwierzęta ofiarne i wszystko, co potrzebne w świątyni. Dziedziniec pogan stał się de facto największym placem targowym miasta i głównym źródłem utrzymania jego elit.
Sama świątynia stanowiła największą dumę narodu. Po części z racji swego przepychu (Jezus krytykował później zwyczaj przysięgania na złoto przybytku), ale przede wszystkim dlatego, że była pusta, nie kryła w sobie bowiem podobizny żadnego bóstwa, czym radykalnie różniła się od świątyń pogańskich. Od czasu niewoli babilońskiej zabrakło w niej nawet słynnej arki przymierza (hebr. ârǒn), zniszczonej prawdopodobnie przy zburzeniu pierwszej świątyni w 587 r. p.n.e.
Łukasz subtelnie nawiązuje do tego faktu. Rozpoczyna swoją narrację od sceny rozgrywającej się właśnie w najświętszym pomieszczeniu świątyni (hebr. debhir), gdzie sędziwy kapłan Zachariasz dowiaduje się od anioła o narodzinach syna, który ma być prorokiem Mesjasza, a następnie przenosi akcję do skromnego Nazaretu w odległej Galilei, gdzie stawia czytelnika przed wydarzeniem donioślejszym. Tam Maria dowiaduje się od tego samego anioła o swoim bosko-ludzkim macierzyństwie. Od tej chwili to ona jest prawdziwym debhir i ârǒn, przybytkiem i arką. To z nią i z jej dzieckiem, a nie ze świątynią jerozolimską, należy odtąd wiązać wiarę i nadzieję.
Łukasz opisuje tę nową świątynię od środka. Maria wyróżnia się umiejętnością kontemplacji. Jest wyciszona i małomówna, bo stale medytuje nad słowem bożym niczym koptyjskie mniszki z czasów Pachomiusza, aczkolwiek wtedy w Izraelu nikt takich rozmyślań jeszcze nie prowadzi. Nawet asceci z Qumran, zafascynowani tekstami Izajasza, nie znają medytacji biblijnej. Maria „przechowuje w swoim sercu” słowa psalmów obok zwyczajnych, codziennych doświadczeń. Dzięki medytacji potrafi je łączyć, odnajdować ich głębszy sens i wybierać dokładnie to, czego spodziewa się po niej Bóg.
Owocem tej modlitwy jest pokój, radość i pełniejsza podmiotowość. Maria nie prowadzi medytacji w stylu pitagorejskim czy stoickim, ani też nie popełnia błędu, jaki przydarza się nowicjuszom wszystkich znanych religii, wykazującym nadmierną skłonność do medytowania wyłącznie siłami rozumu. Ona angażuje się integralnie, włączając w modlitwę także uczucia, pamięć i wyobraźnię, czego wyrazem jest radosny hymn „Magnificat”, jaki improwizuje podczas spotkania z Elżbietą (Łk 1, 46–55).
Maria wyraża w tej pochwalnej pieśni więcej niż anioł w słowach zwiastowania (Łk 1, 27-38). Tam wielkie boże plany względem jej dziecka ujęte są krótkich tytułach mesjańskich, co scenie zwiastowania nadaje cechy królewskiego rytuału („będzie nazwany synem Najwyższego, Bóg dam tron jego praojca Dawida”). Maria w swojej pieśni rozwija te tytuły w emocjonującą narrację historyczną. Jest w pełni świadoma swej roli, podejmuje ją z radością, a słuchacz, włączony w jej narrację, czuje, że przysługują mu tu podobne prawa. On także jest kochany przez Boga i powołany do wybierania wyłącznie dobra.
Tej głębi modlitwy zabrakło, jak się wydaje, wszystkim innym postaciom ewangelii, nie wyłączając apostołów. Z narracji ewangelistów wynika, że tylko Jezus modli się stale, inni prowadzą żywot powierzchowny, a w ważnych chwilach śpią jak uczniowie w Gethsemani, albo głośno dziwią się temu, co Jezus mówi lub robi, niekiedy otwarcie go kontestując, innym razem paternalistycznie go chwaląc. Ci, których uzdrawia, nigdy nie robią później tego, o co ich prosi. Nie modlą się jak Maria i nie dziękują Bogu, ale biegają po okolicy i plotkują jakby spotkali kosmitę.
Długa lista nieobecnych jest także zmorą naszych czasów. Współczesny chrześcijanin zagląda do betlejemskiej stajenki, żeby pokazać dzieciom gipsowe figurki i zadumać się chwilę nad losem boskiej Dzieciny, ale rzadko zatrzymuje się na dłużej we własnym wnętrzu. Nie czuje się tam zbyt swobodnie, bywa sobą znudzony, czasem rozdrażniony i bezradny. Woli życie na jawie, spotkania z ludźmi odpowiadającymi jego własnym oczekiwaniom, a kiedy te się nie udają, nie sądzi, by można je było przemyśleć, przedyskutować i uratować. Od samoudręczenia łatwo przechodzi w samozachwyt i nie chodzi tu o przypadki kliniczne, lecz o zwyczajną kondycję duchową szarego śmiertelnika, który nie chce słyszeć, że jest wieczny i kochany przez Boga, choć grzeszny, a nadto wezwany do lepszego życia niż to, które właśnie prowadzi. On nie chce o tym słyszeć, bo już nie raz się zawiódł. Nie śpiewa piosenek, nie pisze wierszy, nie podśpiewuje nawet przy goleniu. Żadna większa radość bezgranicznie go nie rozpiera.
Lekarstwem na tę chorobę jest Betlejem. Rodzi się tam ktoś, kto ludzkie zachwyty i zgryzoty zna lepiej od ludzi, a nadto potrafi to, co tylko Bóg potrafi – stawiać proste litery na liniach po ludzku koślawych. W stajni rodzi się Bóg.

Literatura
Papież Benedykt XVI, teolog z pokaźnym dorobkiem, wydał ostatnio popularną biografię Jezusa z Nazaretu, w której zwięźle referuje najnowsze ustalenia historyków i egzegetów. W ostatnim z trzech tomów pt. „Jezus z Nazaretu. Dzieciństwo” (2012) czytelnik znajdzie bibliografię obejmującą ok. 30 najważniejszych źródeł dot. naszego tematu.
Sam korzystałem z innych źródeł, z obszernego i stale akutalizowanego „The New Jerome Biblical Commentary” R. E. Browna, J. A. Fitzmeyera, R. E. Murphy'ego, „Le evangelies de l'enfance du Chirst” R. Laurentina, „A Case for the Divinity of Jesus. Examining the Earliest Evidence” D. L. Overmana, „Biography in Late Antiquity. A Quest for the Holy Man” Patrycji Cox, „Religion and Society in Roman Palestine” D. R. Edwardsa, „Galilee form Alexander the Great to Hadrian 323. B.C.E. to 135 C.E.” S. Freyne'a, „The Age of Augustus” W. Ecka, „Augustus and the Family at the Birth of the Roman Empire” B. Severy'a, „Augustus and the Greek World” G. W. Bowersocka, a także „Pontius Pilate” Anne Wroe, w której czytelnik znajdzie wiele szczegółów nt. codziennego życia w ówczesnej Palestynie.