– Nie lękaj się, Maryjo – rzekł archanioł Gabriel – jestem jedynie formą literacką! Ten antybultmannowski żarcik dedykuję Tadziowi Bartosiowi w ramach przeprosin. Przepraszam cię za bzdury i za Pułtusk. Przesadziłem! Pułtusk nie jest niczemu winien. Jeśli znasz się na żartach, łatwo zrozumiesz, że nie znasz się na egzegezie.

REKLAMA
Pułtusk miał symbolizować polską naukę, która nie zna źródeł, a której ty jesteś typowym przedstawicielem. Staszek Obirek, stary druh, wysłał mi wczoraj reprymendę, że cię flekuję na fejsie, ale ani on, ani ty, nie podajecie żadnych argumentów na poparcie swej antybetlejemskiej tezy. Dla mnie to zwyczajnie bicie piany. Parę tygodni temu stu polskich uczonych udowodniło, że w Smoleńsku był zamach, a niebo, o dziwo, nie zagrzmiało, choć ci uczeni nie widzieli ani wraku, ani skrzynek, ani miejsca wypadku. Twoje i Staszka rewelacje zaliczam to tej samej kategorii cudów. Niebo i tym razem nie zagrzmi.
Żadna z twoich notek nie zawiera odnośników do źródeł, ale w wywiadzie dla „Krytyki Politycznej” wspominasz o E. P. Sandersie, teologu i literaturoznawcy, który nie jest ani historykiem, ani archeologiem, a mimo to wygłasza śmiałe tezy historyczne. Im śmielej poczyna sobie w historii jako teolog, tym mniejsze mamy powody, żeby mu wierzyć. Nie ma uproś.
Ed Parish Sanders, rocznik 1937, zatrzymał się na etapie wielkich teorii wszystkiego, co czyni go modernistą i dalekim krewnym Bultmanna. Dziś egzegeci podchodzą do materii tekstu ze znacznie większą pokorą, respektując starą jak świat zasadę powściągliwości, którą trafnie ujął Keats w sonecie „O sonecie”. Nagich stóp Poezji nie należy odziewać w byle jakie pantofelki, bo nam muza czmychnie:
So, if we may not let the Muse be free,
She will be bound with garlands of her own.

Jeśli w sztuce lekceważymy możliwości formalne samej sztuki, natychmiast stajemy się Midasami. W sztuce prowadzi to do kiczu, a w nauce do bajkopisarstwa.
Sandersowi można wierzyć, gdy doszukuje się pokrewieństw między toposami literatury żydowskiej i chrześcijańskiej, bo w tej właśnie materii spodziewamy się po nim kompetencji, ale jeśli jako teolog i egzegeta stwierdzi na przykład, że łukaszowa ewangelia dzieciństwa jest alegorycznym wymysłem samego Łukasza, to od tej konstatacji nie ma prostego przejścia do twierdzeń historycznych, dopóki sama historia ich jakoś nie potwierdzi.
Krytyka tekstu cierpiała na wiele schorzeń, jakie zafundowały jej wielkie teorie Freuda, Marksa, de Saussure'a, Lévi-Straussa i innych. Każda z nich jest w jakieś części słuszna, ale żadna nie poczęła się w łonie literatury, więc nie może być tu uznana za główną siłę sprawczą. Dziś żyjemy w świecie słabych hipotez i małych narracji, co nie pozwala nam wprawdzie a priori wiedzieć wszystko o wszystkim (Marks wiedział, Freud chyba też), ale w zamian dość skutecznie chroni nas to przed spartaczeniem wszystkiego, czego się tkniemy, czego Midas się nie ustrzegł.
Jeśli inne teksty i inne nauki nie mówią nam otwarcie tego, co nam wydaje się możliwe na podstawie interpretacji formalnej jednego źródła, to nie rozciągamy naszej jednoźródłowej interpretacji na inne dyscypliny. Nie wydajemy daleko idących sądów materialnych czy historycznych na postawie podejrzeń, jakie budzi forma jakiegoś akapitu, zwłaszcza, gdy nic innego tych podejrzeń nie uzasadnia. Hermeneutyka biblijna tym się różni od hermeneutyki innych tekstów, że autorem bywa tu nie tylko tzw. autor natchniony, ale także wspólnota, która jego teksty czyta, celebruje i na bieżąco weryfikuje. Z osobliwego rodowodu i referencji tekstów biblijnych zdają sobie dziś sprawę nie tylko egzegeci, polecam publikacje Waltera Onga i Maurice'a Blanchota.
A co do Betlejem, to nie ma czegoś takiego jak „zgoda panująca wśród historyków” odnośnie narodzin Jezusa w Nazarecie, ani czegoś takiego jak uniki katolików czy obrona sycylijska narodzin w Betlejem w wykonaniu papieża Benedykta XVI. Opinie uczonych są zróżnicowane, ale żadna nowość w tej konkretnej kwestii nie wykracza poza granice skromnej hipotezy. Aviram Oshri, zwolennik Betlejem Galilejskiego, leżącego 10km na płn.-zach. od Nazaretu i 30km na wschód od Hajfy, publikuje swoje tezy („Where was Jesus Born?", Archaeology 6/2005), a zwolennicy Betlejem Judzkiego z nim polemizują (Jerome Murphy-O’Connor, „Bethlehem...Of Course”, Biblical Archaeology Review 2011).
Ewangelie synoptyczne powstały w pierwszym pokoleniu chrześcijan i były czytane także tam, gdzie wciąż żyli ludzie pamiętający opisywane wydarzenia. W połowie II w. o betlejemskich narodzinach Jezusa pisze Justyn w „Dialogu z Tryfonem”, a sto lat później to samo robi Orygenes w „Contra Celsum”, zaznaczając, że w Betlejem nawet niechrześcijanie wiedzą, w której grocie Jezus się narodził. Po uznaniu chrześcijaństwa przez Konstantyna (313) w Betlejem powstał jeden pierwszych klasztorów palestyńskich (pierwszy był okolicach Gazy). Znając reguły rządzące tamtejszym osadnictwem, endemiczność wspólnot, trudno sobie wyobrazić, że nagle wszyscy zaczęli tam udawać, że oto w Betlejem zdarzyło się coś, w co dzisiaj wierzą górale z Zakopanego, ale czego tam wtedy nikt jako żywo nie pamiętał. Historykom, którzy wątpią istnienie Betlejem jako takiego, warto pokazać wzmiankę o Betlejem pochodzącą z czasów pierwszej świątyni, wzniesionej w X w. p.n.e. przez Salomona, syna Dawida Betlejemity.
Gdyby najświętsza Panienka była agnostyczką, anioł musiałby się nieźle natrudzić, żeby ją przekonać do tego co mówi, zwłaszcza, że mówił rzeczy przekraczające ludzką wyobraźnię i domagał się na nie jasnej odpowiedzi. Gdyby była agnostyczką, nawet najbardziej czerstwy anioł wypłowiałby z czasem z jej wyobraźni niczym alegorie Bultmanna. Łukasz nie miałby o czym pisać, a Bultmann czego komentować.
Doświadczenie musiało być jednak głębsze niż się nam wydaje. Maria, dopiero co poślubiona Józefowi, wyruszyła w długą podróż do Judei, bez obaw o swoją reputację, z każdym dniem coraz bardziej nadwyrężoną z racji zagadkowego macierzyństwa. Kilka miesięcy później Józef, jej mąż, zrobił to samo. Wyruszył z ciężarną żoną w długą podróż, powodowany nie tylko dramatycznymi przeżyciami religijnymi, ale także całkiem trzeźwą, przewidującą i wielkoduszną troską o przyszłość żony, dziecka i krewnych z obu stron, a nawet domorosłych egzegetów, przekonanych, że Józef niczego wielkiego nie przeżył i w konsekwencji nigdzie się nie ruszał.
Post scriptum
Przebieg dyskusji uświadomił mi, gdzie leży problem. W tekście wyżej powinienem był jasno powiedzieć, że tzw. „historyczny Jezus” to projekt badawczy, rodzaj hipotezy roboczej, w tworzeniu której uczestniczą także katoliccy uczeni, ale wobec której zachowują stanowisko krytyczne.
Dotarcie do historycznej postaci Jezusa z Nazaretu może odbywać się na dwa sposoby. Albo jest poszukiwaniem fenomenu kulturowego ujętego w kategoriach naturalnych, albo jest badaniem fenomenu religijnego ujętego także, choć nie wyłącznie, w kategoriach teologicznych.
W tym pierwszym przypadku badacz zmaga się z zasłoną niewiedzy i historycznymi interpretacjami fenomenu, ale także z atmosferą wyjątkowości, nieodłącznie związaną z tym fenomenem, sprzeczną jednak z przyjętym programem badawczym, w którym każda osobliwość w jakimś sensie podważa standardy nauki i w konsekwencji bywa traktowana jako artefakt. Tą drogą poszedł Renan, a później, choć mniej radykalnie Albert Schweitzer, twórca koncepcji „Jezusa historycznego”. W tak zakreślonym programie badawczym Jezus programowo nie może się różnić niczym od innych ludzi, może być co najwyżej postacią bardziej wybitną od innych, gdyż przyjęte a priori kryteria badawcze nakazują uznać wszelkie osobliwości za niedostępne poznaniu bądź wymykające się naukowej weryfikacji.
Chrześcijaństwo nigdy w takiego „Jezusa historycznego” nie wierzyło. Kerygmat (podstawowe przesłanie) chrześcijaństwa mówi wszak, że Jezus jest Bogiem, która narodził jako człowiek, umarł za ludzkie grzechy i zmartwychwstał, a skoro tak, to na każdym kroku badań można spodziewać się pewnych osobliwości, które w jakimś zakresie mogą być identyfikowane na gruncie nauk ścisłych i społecznych, ale przede wszystkim na gruncie teologii, bo tylko ona aspiruje do ujęcia istoty fenomenu religijnego. Bez tej ostatniej presupozycji, myśląc o historycznym Jezusie, będziemy szukać kogoś, kto nie mógłby być założycielem chrześcijaństwa, z tej prostej racji, że trwanie i rozwój chrześcijaństwa było i jest możliwe dzięki przekazowi teologicznemu i to takiemu, który ma realny wpływ na ludzką egzystencję, a więc i na uprawiane przez człowieka nauki.