Napisałem ten tekst przed laty z myślą o ks. Isakowiczu-Zaleskim, ale dzisiaj myślę o ks. Wojtku Lemańskim, na którego właśnie spadają gromy. W Polsce trudno znaleźć kapłana jak on, szczerego jak uśmiech, wolnego zupełnie od kapłańskiej maniery, współczującego i współmyślącego z tym, z kim właśnie rozmawia, a nie z jakimś wypranym z ducha paragrafem. Mam nadzieję, że Wojtek to wszystko przetrzyma ze spokojem i doczeka się całkiem ludzkich gestów ze strony tych, którzy go teraz dręczą.

REKLAMA
Jezus udał się do pewnego miasta, zwanego Nain. Szli z Nim Jego uczniowie i wielki tłum. Gdy zbliżył się do bramy miejskiej, wynoszono właśnie umarłego, jedynego syna matki, która była wdową. Na jej widok Pan użalił się nad nią i rzekł: „Nie płacz”. (Łk 7, 11-17)
Zaczęło się od prasy. W grudniu 1983 r. Michał Ostrowski napisał w „Expressie Wieczornym”, że ks. Jerzy Popiełuszko jest „uwikłany w krętactwa uprawiane nie tylko wobec władz państwowych, lecz także kościelnych przełożonych”. Dowodem miały być materiały wybuchowe, amunicja i tysiące bezdebitowych pism znalezionych w mieszkaniu księdza na Chłodnej, wcześniej podrzucone tam przez SB. „Trybuna Ludu”, organ partii, szybko przedrukowała ten artykuł, Polskie Radio podało go w całości na antenie, a TVP zilustrowała zdjęciami i sensacyjnym komentarzem.
Jerzy Urban, rzecznik ówczesnego rządu, wybił się wtedy ponad wszystkich tekstem pt. „Seanse nienawiści”, w którym posługę świątobliwego prezbitera nazwał „polityczną wścieklizną”. Czytelnicy tygodnika „Tu i teraz” wiedzieli, że autor ukrywający się pod pseudonimem Jan Rem przekazuje im rzeczywiste stanowisko władz, wyrażone bez ogródek i bez partyjnego pudru. Władza do tego stopnia nienawidziła swego obywatela w sutannie, że nie mogła oficjalnie powiedzieć, co on nim myśli. Mówiła to incognito. Jej sprzymierzeńcy przemawiali w swoich mediach w podobnym duchu, a polskie gazety w rewanżu, z nieskrywaną wdzięcznością streszczały głosy „Rudeho Prava” i moskiewskich „Izwiestii”, z których wnikało, że Popiełuszko jest wrogiem ludu i zarzewiem kontrrewolucji.
Współczesne media powinny do końca świata pokutować za swoje winy z tamtego okresu. Skala absurdalnych zarzutów i siła skupionych tam złych emocji nie pozostawiały cienia wątpliwości, że państwo najchętniej pozbyłoby się obywatela Popiełuszki, o którym niemal każdy mieszkaniec bloku komunistycznego wiedział, że jest człowiekiem dobrym, prostolinijnym, współczującym i niewinnym. Wystarczyło go posłuchać u Stasia Kostki na Żoliborzu. Wtedy jednak nie tylko Popiełuszko, ale dosłownie każdy obywatel był potencjalnym wrogiem państwa – krnąbrnym, bo nieprzewidywalnym i nazbyt samodzielnym, więc państwo nie mogło mu ufać. Nie ufało nikomu, nawet swoim.
Czy ufa dzisiaj? Czy dzisiaj zwyczajny obywatel bez znanej twarzy i szerokich pleców stał się równoprawnym podmiotem każdej z publicznych służb i czy wolne media cenią go jako obywatela i jako człowieka, wolny podmiot, źródło jedynej w swoim rodzaju prawdy, wolnej od sensacji i tanich wzruszeń?
Ks. Popiełuszko w dniach swojej beatyfikacji z całą pewnością stał się źródłem teologii. Ci, którzy go znali, i ci, którzy go nie rozumieli, właśnie dzięki niemu mogli się dowiedzieć, co czuł Bóg, gdy na widok matki opłakującej syna, przywracał synowi życie i cieszył się radością matki – tej z biblijnego Nain i tej, która dożywszy stu lat, razem z nami doczekała się syna na ołtarzach.
Media powinny iść tym samym śladem. Powinny szukać prawdziwego człowieka nie w świetle rampy, ale na marach, tam, gdzie wcale nie jest pewne, czy ów człowiek jeszcze żyje, a jeśli żyje, to czy sobie w życiu radzi, bo tylko tam, udzieliwszy mu wsparcia, same będą mogły się przekonać, że ludzkie życie, a zwłaszcza powrót do życia naprawdę mogą zachwycać.