Nie skrytykuję drugiego lekarza dopóki nie złamie zasad etyki ogólnej lub nie złamie zasad prawa. Uważam za niemożliwe odtworzenie kontekstu jego chwilowej decyzji, jeśli podjął ją uczciwie. Uważam, że nielekarz już zupełnie nie ma na to szans.
REKLAMA
Spotkanie lekarz-pacjent jest bardzo złożoną i intensywną sytuacją. Jest to relacja pomiędzy dwoma osobami, często w różnym wieku, różnej mentalności, często podkładającymi różne znaczenia pod te same słowa. Z drugiej strony, w krótkim czasie, te losowo spotykające się osoby mają omówić problemy, które są ważne dla jednej ze stron, niekiedy intymne, a druga strona ma podjąć adekwatną, wiążącą decyzję. Pacjent, z reguły już przygotowany na podstawie informacji z wyszukiwarek internetowych, ma prawo do opieki, do roszczeń, daje sobie prawo do zlinczowania drugiej strony np. na forach. Lekarz finalnie nie ma prawa do błędu ani merytorycznego ani organizacyjnego, za który zwykle bezpośrednio nie odpowiada. Jedna strona działa pod olbrzymią presją drugiej strony, która może mieć za sobą ogromne internetowe i medialne audytorium.
Pacjent może być hipochondrykiem, z którego potoku słów trzeba wydobyć istotę dolegliwości i właściwie je zinterpretować. Pacjent może być dyssymulantem, z którego wszystkie informacje trzeba wyciągać. Pacjent może być starcem, który cały czas przeznaczony przez menedżerów ochrony zdrowia na wizytę, spędzi na powolnym rozbieraniu się do badania. Pacjent może być dzieckiem, które zrobi piekło żeby nie dać się zbadać, a rodzice zamiast to ogarnąć, przez cały czas przeznaczony na wizytę będą prosić dwulatka żeby łaskawie dał się zbadać.
Za rezultat tej wizyty odpowiedzialny jest lekarz.
Za rezultat tej wizyty odpowiedzialny jest lekarz.
Cała ta sytuacja jest bardzo subiektywna z obu stron. Krótki czas, intensywność obustronnych emocji, bariery emocjonalne obu stron, obwarowania czasowe tej relacji, obwarowania organizacyjne i sytuacyjne. Niedawno kolega w przychodni uratował życie pacjentowi z bardzo niejasnymi objawami, bo drugi kolega, który akurat pracował w tych samych godzinach, między pacjentami, po koleżeńsku zrobił mu badanie usg. Gdyby lekarz postępował przepisowo, mógłby tego życia nie uratować, bo aż tak zły rezultat badania nie wynikał z objawów pacjenta, który przyszedł na własnych nogach a wyjechał na sygnale. Lekarz znalazłby się na pierwszych stronach tabloidów i zostałby zlinczowany na forach internetowych, a lekarze którzy by go bronili byliby określeni jako kryjący go i byłby kolejny argument do „samooczyszczenia się środowiska”. Uratował bo miał nosa i okoliczności były sprzyjające.
Na koniec wizyty trzeba wystawić receptę, w której trzeba określić stopień refundacji jednego z 3500 leków, w obecnym barokowym systemie refundacji. Tu też nie można się pomylić, bo pomyłka jest karalna. Karany jest lekarz. Co prawda tylko finansowo, ale zawsze.
Na to wszystko jest 15 minut, w komfortowej sytuacji 20, a stawka godzinowa mniejsza niż np. informatyka.
Nie ma lekarza, który nie pracowałby pod presją. Nie ma lekarza, który nie czułby tego obciążenia. Nie ma uczciwego lekarza, który nie boi się, że tego, że następny pacjent będzie tym „tajemniczym pacjentem”, przy którym niekorzystne okoliczności się skrzyżują i skończy się to fatalnie dla pacjenta i dla lekarza.
Bo tragedia dotyczy obu stron.
Bo tragedia dotyczy obu stron.
Dlatego nie skrytykuję nigdy drugiego uczciwego lekarza i nie daję do tego prawa nikomu, kto nie doświadczył tej presji, kto nie doświadczył fenomenu najtrudniejszego pacjenta, zapisanego dodatkowo po godzinach pracy przychodni, ani takiego samego pacjenta w 23. godzinie dyżuru lekarza w szpitalu. Nie daję tego prawa ani internetowym forumowiczom ani etykowi.
Nawet jeśli kodeks etyki lekarskiej jest zbyt archaicznie napisany. Mój dyplom doktora nauk medycznych też jest napisany archaicznym językiem, co uważam za pretensjonalne. I co z tego?
