Na pewno jeszcze nie teraz, ponieważ na razie sieć podsuwa nam puzzle nieuporządkowanych i niezhierarchizowanych informacji, zgromadzonych w bazach danych oraz przetwarzanych przez systemy zarządzania treścią (kontentem) serwisów internetowych.
REKLAMA
Medyczne serwisy internetowe dla pacjentów na razie jedynie zastąpiły drukowane encyklopedie medyczne. Jest to mniej więcej zgodne z następowaniem ery po Gutenbergu, w której ogólne i tematyczne encyklopedie i leksykony, przechodzą do mediów elektronicznych. Jak wynika z ich leksykonowej definicji, prześcigają się one w ilości zmagazynowanego "kontentu" medycznego. Rozwój tych serwisów nie osiągnął jeszcze poziomu dawania odpowiedzi na problemy pacjentów, ze względu na brak odpowiedniej hierarchizacji treści oraz ze względu brak odpowiednich powiązań pomiędzy zawartymi informacjami. Nie daje to jeszcze możliwości choćby częściowej trafności takiego doradztwa a w związku z tym choćby elementarnego planowania postępowania.
Zazwyczaj serwisy o zdrowiu są zbiorami ciekawostek medycznych, gdzie wyrwane z kontekstu i co najwyżej uporządkowane alfabetycznie informacje, np. o przykrym zapachu z ust lub katarze, odnajdowane pod np. nazwą „nieżyt nosa” mieszają się z informacjami dotyczącymi „obwodowego niedojrzałego guza ektodermalnego” lub rzadkich rodzajów kardiomopatii. Medycyna tymczasem jest nauką kontekstową. Na razie oczekiwanie od serwisów medycznych pomocy w samodzielnym postępowaniu nawet w błahych dolegliwościach można by porównać do nauki historii z encyklopedii, w której hasła ułożone są według alfabetu bez uporządkowania chronologicznego ani nawet regionalnego, nie mówiąc już o powiązaniach między nimi.
Pacjenci tymczasem są zdezorientowani. Jeśli korzystają z internetu jak z poradnika, to przychodzą do gabinetu z podejrzeniami u siebie bardzo rzadkich chorób lub z zasianymi nierzadko absurdalnymi wątpliwościami. Drugi rodzaj pacjentów to pacjenci dystansujący się od informacji medycznej z internetu, którzy zdecydowanie mi mówią, że nie mają zaufania do internetowej informacji medycznej w całości.
Tymczasem internet, jeśli już nie może wiarygodnie doradzać, mógłby pomóc w rozszerzeniu informacji o diagnozie usłyszanej od lekarza. Niestety i tu wydaje się być nieprecyzyjny jako medium. Zdarza mi się odsyłać pacjentów do pogłębienia wiedzy medycznej w internecie. Dość często podczas następnej wizyty otrzymuję jednak zdeformowany obraz znanej mi choroby.
Powody tak podanej informacji medycznej są różne ale zamykają się w dwóch grupach – jedna to niedojrzałość organizacji treści serwisów, wynikająca z zarządzania nią przez osoby nie związane z medycyną lub młodych lekarzy bez doświadczenia praktycznego. Tacy redaktorzy mają tendencję do gromadzenia jak największej ilości informacji, a nie mają praktycznego doświadczenia w selekcji, eliminacji, hierarchizacji danych oraz w identyfikacji powiązań między nimi i umieszczaniu ich w odpowiednich kontekstach. Lekarze praktycy z doświadczeniem wykorzystywani są jako „dostawcy treści” i z reguły nie mają udziału w zarządzaniu informacją.
Druga grupa powodów płaskości medycznej informacji internetowej dla pacjentów to oczywiście reklama i marketing. Tego tematu nie będę rozwijać.
Druga grupa powodów płaskości medycznej informacji internetowej dla pacjentów to oczywiście reklama i marketing. Tego tematu nie będę rozwijać.
Tymczasem w pewnych granicach możemy się leczyć sami. Jest to bardzo pożądane z punktu widzenia odciążenia ochrony zdrowia z zajmowania się błahymi, niegroźnymi dolegliwościami lub chorobami oraz z punktu widzenia naszego komfortu. Temu służą leki bez recepty, których asortyment jest coraz większy i obejmuje coraz szerszą gamę dolegliwości i chorób.
Do samodzielnego obchodzenie się ze swoimi dolegliwościami potrzebna jest wiedza podstawowa, która powinna być podawana w formie uporządkowanej edukacji medycznej, prowadzonej od podstawowych informacji oraz od najmłodszego wieku.
