Zbliżające się eurowybory – już za dwa tygodnie – to wydarzenie, które niestety nie napawa optymizmem. Proszę się nie obawiać, nie mam na myśli wygranej tej lub innej partii, a jedynie olbrzymią obojętność, z jaką Polacy traktują głosowanie na kandydatów do Parlamentu Europejskiego. Z badań wynika, że może paść niechlubny rekord frekwencji – do urn chce iść zaledwie 19% obywateli. Mniej niż połowa Polaków wie, że 25 maja odbywają się wybory do europarlamentu. Politycy mogą sobie pogratulować – to efekt traktowania tych arcyważnych wyborów jako plebiscytu popularności ugrupowań politycznych. Zupełnie odwrotnie do patetycznych deklaracji.
Euroobojętność
REKLAMA
Po wypowiedzi jednej z posłanek, która unijną flagę określiła mianem „szmaty”, posypały się wyrazy oburzenia. Zaproponowano nawet, aby symbole UE otrzymały taką samą ochronę prawną, z jaką traktowane są nasze symbole narodowe. Wszelka, nawet wyważona krytyka funkcjonowania unijnych mechanizmów traktowana jest z olbrzymią podejrzliwością. Przypomina się, że korzyści płynące z wejścia naszego kraju do Unii, to nie tylko pieniądze. Słychać apele, abyśmy byli dumni z europejskiej tożsamości.
Mówienie przychodzi o wiele łatwiej od działania. Po dziesięciu latach od poszerzenia UE o państwa naszego regionu przysłowiowy Kowalski nie ma praktycznie żadnej wiedzy na temat fundamentalnych zasad Unii Europejskiej. Co gorsza, nie bardzo wierzy w to, że jego reprezentanci mogą coś dobrego w Brukseli zrobić – bo tak trzeba sobie tłumaczyć obojętny stosunek do eurowyborów.
Tegoroczna kampania przed majowymi wyborami jest nader skromna. Partie gromadzą pieniądze na zmagania przed wyborami samorządowymi, parlamentarnymi i prezydenckimi. O wizji nowoczesnej Polski w silnej Europie nie mówi się niemal nic. Znacznie większe zainteresowanie polityków budzą sondaże poparcia. Wszak własny sukces i porażkę konkurenta sondażowi liderzy uczynią głównym motywem kolejnych kampanii.
Jeżeli faktycznie przy urnach pojawi się mniej, niż co piąty Polak, narzekaniu nie będzie końca. Dla opozycji będzie winny rząd, dla rządu – opozycja. Jako realista nie mam wątpliwości: politycy nie uderzą się we własne piersi. A powinni, bowiem najgorsze, co może się nam przytrafić, to dobrowolna rezygnacja Polaków z wpływania na przyszłość Europy. Takie zagrożenie, jak widać, jest niestety bardzo realne…
