W zamieszaniu ostatniego przedwyborczego tygodnia wielu osobom umknęła mało pocieszająca wiadomość: Polska spadła o trzy pozycje w dorocznym rankingu konkurencyjności gospodarek, sporządzanym przez Instytut Rozwoju Menedżerów z Lozanny. Wśród 60 klasyfikowanych państw wylądowaliśmy na 36. pozycji. Zaskakujące? Niestety nie.
REKLAMA
Szwajcarska uczelnia przygotowała zestawienie na podstawie badania ponad trzystu kryteriów, zgrupowanych w czterech obszarach: wskaźniki ekonomiczne, efektywność rządu, efektywność biznesu oraz stan infrastruktury. Ankiety wypełniło 4300 szefów firm. Mamy zatem do czynienia nie z zestawieniem opartym na suchych, statystycznych danych, ale z badaniem uwzględniającym subiektywne odczucia biznesu. Mam wrażenie, że w przypadku takiego badania właśnie element subiektywnej oceny jest o wiele ciekawszy, niż żonglerka statystycznymi danymi.
Listę otwierają Stany Zjednoczone, zaś w pierwszej dziesiątce z państw europejskich znalazły się Niemcy, Dania i Norwegia. Polskę wyprzedziły nawet państwa bałtyckie, a po piętach depcze nam Rosja. Bardziej konkurencyjny od Polski jest nawet Kazachstan.
Te, jakże niewygodne dla polityków wyniki, powinny być potraktowane jak najbardziej poważnie. Surowe oceny, wystawiane gospodarczej polityce kolejnych ekip przez organizacje przedsiębiorców, decydenci najczęściej zbywają milczeniem. Bo wiadomo – biznes chciałby wszystko dostawać od ręki, bez procedur, bez przerwy męczy o niższe podatki, ulgi inwestycyjne, pyta o skuteczną promocję Polski na świecie… A sztuka rządzenia ma swoje prawa i każdy wie, że narracja kampanii wyborczej to jedno, a realia sprawowania władzy to drugie. A gdy w ciągu dwóch kolejnych lat trafiają się cztery kampanie wyborcze, to niezbędne są cztery razy większe socjalne obietnice. Żeby spełnić je choć w ułamku, trzeba większych pieniędzy. To zaś wyklucza zmiany w polityce fiskalnej.
Polska stosunkowo nieźle poradziła sobie z paneuropejskim kryzysem, ale dobrze widać, że załamanie to finalnie nie zaszkodziło tym państwom, które od lat słyną jako życzliwe przystanie dla biznesu. My wolimy zachwycać się danymi z GUS. Wzrasta wskaźnik produkcji przemysłowej? Znakomicie! Jest szansa na nieco większy wzrost gospodarczy? Nieźle! Tylko zastanawia, dlaczego poważny biznes jest na te zachwyty mniej podatny od urzędników i decydentów.
Jeśli głos biznesu przypomina zwykle wołanie na pustyni, to może tak uwielbiane liczby – które w tym przypadku nie dają powodu do samozadowolenia – przemówią do naszej klasy politycznej?
