Jawność życia publicznego to fundament demokracji. W Polsce ta jawność przybiera czasami karykaturalne formy, a czasami – gdy jest potrzebna – wcale jej nie ma. Nie chcę pisać o spektaklu wokół ujawnienia akt z postępowania przygotowawczego, którego jesteśmy mimowolnymi świadkami od tygodnia. Natomiast przy okazji warto zastanowić się, jak faktycznie wygląda ta jawność w polskim życiu publicznym, także gospodarczym.
REKLAMA
Zaskakujący jest sam fakt, że najbardziej wrażliwe dane zawarte w aktach sądowych, są dostępne dla szerokiego grona. Bo wąskim gronem nie jest cała rzesza sądowych i prokuratorskich urzędników, adwokatów i aplikantów. Wstyd, że Polska przez ćwierć wieku demokracji nie doczekała się w tym zakresie rozwiązań prawnych, które chroniłyby godność i bezpieczeństwo jednostki.
O wiele mniej chętne do prowadzenia polityki głasnosti są urzędy i instytucje publiczne, gdy chodzi o sferę dotyczącą ich aktywności. Jak lwy bronią się przed ujawnieniem szczegółów umów, zawieranych za publiczne pieniądze. I sądy z reguły przyznają rację tym, którzy odwołują się od urzędniczych odmów. Bo w końcu mamy święte prawo wiedzieć, na co wydawane są środki pochodzące z naszej kieszeni.
Ostatnio media opisywały sprawę odwołań od decyzji GDDKiA o wyborze wykonawcy jednego z odcinków Południowej Obwodnicy Warszawy. Koncerny, których oferty zostały odrzucone, zaskarżyły werdykt drogowców do Krajowej Izby Odwoławczej. Wskazywały, że wybrana oferta, opiewająca na 55% rzeczywistej wartości inwestycji, jest nie do zrealizowania – szczególnie, że przy tego typu inwestycjach marża to 1-3%, a koszty są stałe. Czy mają rację – oceni KIO. Natomiast ważny jest fakt, iż ani dziennikarze, ani startujący w przetargu przedsiębiorcy nie mieli szans ocenić wiarygodności zwycięskiej oferty, bowiem składający ją utajnił wszystkie dokumenty. Oczywiste i bezdyskusyjne jest, że szczególnie wrażliwe elementy, stanowiące know-how firmy, nie powinny być upubliczniane. Jednak utajnianie literalnie wszystkiego doprowadza do sytuacji, w których musimy wierzyć „na słowo” urzędnikom, i to w przypadku rozstrzygnięć budzących kontrowersje. Być może zarzuty skarżących są bezzasadne, ale któż to może ocenić?
Wiele razy krytykowałem zwyczaj naprawiania świata nowymi przepisami. W Polsce, gdy prawo stosowane jest nieudolnie lub nie jest stosowane w ogóle, pisze się kolejne nowe ustawy i rozporządzenia. Herbata od mieszania nie robi się bardziej słodka, zaś coraz grubsze tomy publikatorów nie czynią życia obywateli lepszym i weselszym. Warto jednak popracować nad solidną regulacją dotyczącą sfery jawności w działaniach urzędów. Tak, by nie było możliwości interpretowania zapisów na niekorzyść obywateli. Trudne? Jasne, ale nie niemożliwe!
O wiele mniej chętne do prowadzenia polityki głasnosti są urzędy i instytucje publiczne, gdy chodzi o sferę dotyczącą ich aktywności. Jak lwy bronią się przed ujawnieniem szczegółów umów, zawieranych za publiczne pieniądze. I sądy z reguły przyznają rację tym, którzy odwołują się od urzędniczych odmów. Bo w końcu mamy święte prawo wiedzieć, na co wydawane są środki pochodzące z naszej kieszeni.
Ostatnio media opisywały sprawę odwołań od decyzji GDDKiA o wyborze wykonawcy jednego z odcinków Południowej Obwodnicy Warszawy. Koncerny, których oferty zostały odrzucone, zaskarżyły werdykt drogowców do Krajowej Izby Odwoławczej. Wskazywały, że wybrana oferta, opiewająca na 55% rzeczywistej wartości inwestycji, jest nie do zrealizowania – szczególnie, że przy tego typu inwestycjach marża to 1-3%, a koszty są stałe. Czy mają rację – oceni KIO. Natomiast ważny jest fakt, iż ani dziennikarze, ani startujący w przetargu przedsiębiorcy nie mieli szans ocenić wiarygodności zwycięskiej oferty, bowiem składający ją utajnił wszystkie dokumenty. Oczywiste i bezdyskusyjne jest, że szczególnie wrażliwe elementy, stanowiące know-how firmy, nie powinny być upubliczniane. Jednak utajnianie literalnie wszystkiego doprowadza do sytuacji, w których musimy wierzyć „na słowo” urzędnikom, i to w przypadku rozstrzygnięć budzących kontrowersje. Być może zarzuty skarżących są bezzasadne, ale któż to może ocenić?
Wiele razy krytykowałem zwyczaj naprawiania świata nowymi przepisami. W Polsce, gdy prawo stosowane jest nieudolnie lub nie jest stosowane w ogóle, pisze się kolejne nowe ustawy i rozporządzenia. Herbata od mieszania nie robi się bardziej słodka, zaś coraz grubsze tomy publikatorów nie czynią życia obywateli lepszym i weselszym. Warto jednak popracować nad solidną regulacją dotyczącą sfery jawności w działaniach urzędów. Tak, by nie było możliwości interpretowania zapisów na niekorzyść obywateli. Trudne? Jasne, ale nie niemożliwe!
