Innowacyjność – słowo od pewnego czasu niezwykle modne – to w dzisiejszym świecie niezbędny warunek konkurencyjności gospodarki. Taką innowacyjnością powinien charakteryzować się również nasz eksport. Niestety, w strukturze polskiego eksportu wciąż za mało jest dóbr finalnych, do tego innowacyjnych. Czy można to zmienić modyfikując prawo, czy też należy zacząć od zmiany świadomości?
REKLAMA
Pisałem już nieraz i napiszę ponownie: nawet najlepiej napisana ustawa nie na wiele się zda, jeżeli głowy pozostaną zamknięte na zmiany. To samo dotyczy rządowych programów, które mają uczynić z Polski gospodarczego tygrysa.
Prawda o naszej gospodarce jest niestety smutna: z innowacyjnością nie jest najlepiej, chociaż mówi się o niej bardzo, bardzo wiele. Tak naprawdę nie ma spójnego pomysłu, jak zachęcać do wspierania nowych projektów. I jest to również efekt „zamkniętych głów”. Na przykład wiele do życzenia pozostawia fakt, aby polskie uczelnie skłonić do współpracy z firmami w celu stymulowania innowacyjności i projektów badawczych. To, co w USA jest normą, u nas rzadkością. Tak, jakby urzędnicy nie mogli pojąć, iż państwo powinno stwarzać warunki i zachęcać, a nie próbować ręcznie sterować innowacyjnością – oczywiście, o ile chce widzieć pozytywne efekty.
W świadomości części decydentów i przedsiębiorców nie istnieje, można rzec, upływ czasu. Wydaje się im, że nadal tkwimy w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, kiedy to polska gospodarka raczkowała, a każda inwestycja i każdy eksport był wielkim sukcesem. Bez innowacyjnej gospodarki nie przesuniemy się w łańcuchu produkcji globalnej na kolejne, wyższe poziomy. Mówiąc skrótowo, zawsze będziemy produkować i eksportować podzespoły i części. Musimy o tym pamiętać i nad tym pracować, bo w najbliższych latach zdolność do konkurowania polskich towarów na zagranicznych rynkach będzie zależała już nie tylko od ich ceny i jakości, ale przede wszystkim od ich poziomu technologicznego. To my musimy kreować gospodarczą rzeczywistość, a nie poddawać się jej biernie.
Możemy to robić, bo są wszak w kraju znane i cenione marki, będące symbolem wysokiej jakości na rynkach całego świata. Na przykład laureat konkursu „Teraz Polska” – firma Fakro. Nie ma wątpliwości, że to jedna z najbardziej innowacyjnych firm w kraju. Jest liderem pod względem liczby zgłaszanych co rok patentów i należy do globalnych potentatów w branży (pod względem produkcji okien dachowych wyprzedzają ją tylko duńczycy). Na projekty innowacyjne Fakro przeznacza co roku stały procent obrotów. A jest to chlubny wyjątek, bo nadal niewielu polskich przedsiębiorców inwestuje w innowacje. Jest to zresztą kwestia nie tyle braku świadomości, ale braku należytych podatkowych zachęt do takich inwestycji. Pod tym względem i prawo, i praktyka ogromnie odstają od deklaracji polityków.
Chciałbym, aby wizje zaprezentowane w Strategii Odpowiedzialnego Rozwoju ziściły się w stu procentach, aby dokonał się gospodarczy cud. Ale pamiętajmy o koreańskim przysłowiu – że najdalsza nawet droga zaczyna się od jednego kroku. Zróbmy najpierw te kilka kroków, stymulując rozwój innowacyjności, tworząc zachęcające do tego mechanizmy. Zapewniam, każda złotówka podatku, który zamiast trafić do fiskusa pójdzie na innowacje, zwróci się stokrotnie. Tylko trzeba, aby urzędnicy mieli otwarte głowy.
Prawda o naszej gospodarce jest niestety smutna: z innowacyjnością nie jest najlepiej, chociaż mówi się o niej bardzo, bardzo wiele. Tak naprawdę nie ma spójnego pomysłu, jak zachęcać do wspierania nowych projektów. I jest to również efekt „zamkniętych głów”. Na przykład wiele do życzenia pozostawia fakt, aby polskie uczelnie skłonić do współpracy z firmami w celu stymulowania innowacyjności i projektów badawczych. To, co w USA jest normą, u nas rzadkością. Tak, jakby urzędnicy nie mogli pojąć, iż państwo powinno stwarzać warunki i zachęcać, a nie próbować ręcznie sterować innowacyjnością – oczywiście, o ile chce widzieć pozytywne efekty.
W świadomości części decydentów i przedsiębiorców nie istnieje, można rzec, upływ czasu. Wydaje się im, że nadal tkwimy w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, kiedy to polska gospodarka raczkowała, a każda inwestycja i każdy eksport był wielkim sukcesem. Bez innowacyjnej gospodarki nie przesuniemy się w łańcuchu produkcji globalnej na kolejne, wyższe poziomy. Mówiąc skrótowo, zawsze będziemy produkować i eksportować podzespoły i części. Musimy o tym pamiętać i nad tym pracować, bo w najbliższych latach zdolność do konkurowania polskich towarów na zagranicznych rynkach będzie zależała już nie tylko od ich ceny i jakości, ale przede wszystkim od ich poziomu technologicznego. To my musimy kreować gospodarczą rzeczywistość, a nie poddawać się jej biernie.
Możemy to robić, bo są wszak w kraju znane i cenione marki, będące symbolem wysokiej jakości na rynkach całego świata. Na przykład laureat konkursu „Teraz Polska” – firma Fakro. Nie ma wątpliwości, że to jedna z najbardziej innowacyjnych firm w kraju. Jest liderem pod względem liczby zgłaszanych co rok patentów i należy do globalnych potentatów w branży (pod względem produkcji okien dachowych wyprzedzają ją tylko duńczycy). Na projekty innowacyjne Fakro przeznacza co roku stały procent obrotów. A jest to chlubny wyjątek, bo nadal niewielu polskich przedsiębiorców inwestuje w innowacje. Jest to zresztą kwestia nie tyle braku świadomości, ale braku należytych podatkowych zachęt do takich inwestycji. Pod tym względem i prawo, i praktyka ogromnie odstają od deklaracji polityków.
Chciałbym, aby wizje zaprezentowane w Strategii Odpowiedzialnego Rozwoju ziściły się w stu procentach, aby dokonał się gospodarczy cud. Ale pamiętajmy o koreańskim przysłowiu – że najdalsza nawet droga zaczyna się od jednego kroku. Zróbmy najpierw te kilka kroków, stymulując rozwój innowacyjności, tworząc zachęcające do tego mechanizmy. Zapewniam, każda złotówka podatku, który zamiast trafić do fiskusa pójdzie na innowacje, zwróci się stokrotnie. Tylko trzeba, aby urzędnicy mieli otwarte głowy.
