Porównanie współczesnej rzeczywistości do świata nadzorowanego przez Wielkiego Brata czy słynnego filmu „Truman Show” nie robi na nikim wrażenia – fakt, że żyjemy w świecie kamer i monitoringu z reguły nas ani nie cieszy, ani nie przeraża. Po prostu przestajemy zwracać na to uwagę – ot, taka jest cywilizacyjna konsekwencja rozwoju techniki. Warto jednak spojrzeć na to zjawisko nie tyle w kategoriach zysków i kosztów ubocznych, ale innowacyjności, dzięki której odnosimy przecież realne korzyści.
REKLAMA
Skąd ta refleksja? Otóż kilka tygodni temu Naczelna Rada Adwokacka zwróciła się do Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych o rozwianie wątpliwości, związanych z systemem viaTOLL. viaTOLL, czyli system poboru e-myta od samochodów ciężarowych, oparty jest o bieżący monitoring, bez którego trudno byłoby kontrolować, czy kierowcy pojazdów objętych systemem wnoszą nałożone prawem opłaty. Rada uznała, że viaTOLL może naruszać prywatność kierowców, bo przecież zdjęcia pokazują, kto siedzi za kółkiem, a nie daj Boże, kto z kim i gdzie się wybiera…..
W tym przypadku adwokaci trafili kulą w płot, gdyż operator systemu szybko wyjaśnił, że zdjęcia robione są w podczerwieni i przy najlepszych nawet chęciach takich ustaleń nie da się poczynić.
Ale już na przykład w kwestii fotoradarów obawy te pozostają…
Pesymiści mówią – niedługo prywatność będzie możliwa tylko we własnych czterech ścianach, a i to pod warunkiem, że okna będą szczelnie zasłonięte. Optymiści pocieszają, że tak, jak każdy lek ma skutki uboczne, tak i za codzienne ułatwienia płacimy swoją cenę. Cóż, w takim wydaniu optymista niewiele się różni od pesymisty.
A jak to wygląda od strony innowacyjności?
Elektroniczny monitoring to wbrew pozorom nie tylko, ani nawet nie przede wszystkim, kamery na ulicach. To systemy, które usprawniają realizację codziennych usług. Ot, choćby śledzenie przesyłki pocztowej – przez klienta, rzecz jasna. Do niedawna taką usługę świadczyły jedynie firmy kurierskie, i to za dodatkową opłatą. W tym roku taką usługę dla wszystkich klientów jako pierwszy w Polsce (i jeden z pierwszych w Europie) wprowadził prywatny operator pocztowy Speedmail.
A czym byłyby bez takich rozwiązań gry i konkursy?
Jesienią zeszłego roku operator telekomunikacyjny Inea (notabene laureat godła „Teraz Polska”) zorganizował dla mieszkańców Poznania mobilną grę Spothunter. Uczestnicy poszukiwali przedmiotów, ukrytych w labiryncie poznańskich ulic, korzystając ze smartfonów i hotspotów. Wystarczyło się zalogować do jednego z nich, by otrzymać mapkę z lokalizacjami i informacje, jak sobie radzą inni uczestnicy gry. Zabawa zrobiła furorę – a przecież bez spędzającego sen z powiek monitoringu można by się pobawić najwyżej w poczciwe harcerskie podchody…
Problem pojawia się tam, gdzie kończą się korzyści, a zaczynają szeroko rozumiane koszty. Granicy między jednymi a drugimi nie wyznaczy nawet najlepiej skonstruowana ustawa. To my sami musimy zdecydować, czy jesteśmy w stanie zatrzymać się na pewnym poziomie innowacyjności.
Takiej samoograniczającej decyzji zapewne jednak nie podejmiemy, bo tak, jak nie umiemy żyć bez elektryczności i bieżącej wody, tak przecież nie odmówimy sobie wygody, którą dają nam elektroniczne narzędzia i rozwiązania.
Wygląda zatem na to, że z Wielkim Bratem musimy się zaprzyjaźnić…
W tym przypadku adwokaci trafili kulą w płot, gdyż operator systemu szybko wyjaśnił, że zdjęcia robione są w podczerwieni i przy najlepszych nawet chęciach takich ustaleń nie da się poczynić.
Ale już na przykład w kwestii fotoradarów obawy te pozostają…
Pesymiści mówią – niedługo prywatność będzie możliwa tylko we własnych czterech ścianach, a i to pod warunkiem, że okna będą szczelnie zasłonięte. Optymiści pocieszają, że tak, jak każdy lek ma skutki uboczne, tak i za codzienne ułatwienia płacimy swoją cenę. Cóż, w takim wydaniu optymista niewiele się różni od pesymisty.
A jak to wygląda od strony innowacyjności?
Elektroniczny monitoring to wbrew pozorom nie tylko, ani nawet nie przede wszystkim, kamery na ulicach. To systemy, które usprawniają realizację codziennych usług. Ot, choćby śledzenie przesyłki pocztowej – przez klienta, rzecz jasna. Do niedawna taką usługę świadczyły jedynie firmy kurierskie, i to za dodatkową opłatą. W tym roku taką usługę dla wszystkich klientów jako pierwszy w Polsce (i jeden z pierwszych w Europie) wprowadził prywatny operator pocztowy Speedmail.
A czym byłyby bez takich rozwiązań gry i konkursy?
Jesienią zeszłego roku operator telekomunikacyjny Inea (notabene laureat godła „Teraz Polska”) zorganizował dla mieszkańców Poznania mobilną grę Spothunter. Uczestnicy poszukiwali przedmiotów, ukrytych w labiryncie poznańskich ulic, korzystając ze smartfonów i hotspotów. Wystarczyło się zalogować do jednego z nich, by otrzymać mapkę z lokalizacjami i informacje, jak sobie radzą inni uczestnicy gry. Zabawa zrobiła furorę – a przecież bez spędzającego sen z powiek monitoringu można by się pobawić najwyżej w poczciwe harcerskie podchody…
Problem pojawia się tam, gdzie kończą się korzyści, a zaczynają szeroko rozumiane koszty. Granicy między jednymi a drugimi nie wyznaczy nawet najlepiej skonstruowana ustawa. To my sami musimy zdecydować, czy jesteśmy w stanie zatrzymać się na pewnym poziomie innowacyjności.
Takiej samoograniczającej decyzji zapewne jednak nie podejmiemy, bo tak, jak nie umiemy żyć bez elektryczności i bieżącej wody, tak przecież nie odmówimy sobie wygody, którą dają nam elektroniczne narzędzia i rozwiązania.
Wygląda zatem na to, że z Wielkim Bratem musimy się zaprzyjaźnić…
