Mój zeszłotygodniowy wpis na blogu, poświęcony perspektywom polskiej kolei, wywołał jakże ożywioną dyskusję. Część komentatorów nie tylko – w odróżnieniu od niżej podpisanego – może wyobrazić sobie, że na polskich torach będzie królował Deutsche Bahn, ale jest też przekonana, że dzięki takiej konkurencji PKP zdoła się szybko zmodernizować. Tymczasem nie chodzi o to, by polski przewoźnik nie miał konkurentów, lecz by monopol PKP nie został zastąpiony przez zagranicznego przewoźnika z dominującą pozycją na rynku. Z punktu widzenia pasażerów komfort podróży może będzie i większy, ale zdrowa konkurencja rynkowa nadal pozostanie jedynie w sferze fikcji. Konkurencyjnych warunków na rynku nie da się zadekretować. Wręcz przeciwnie – nieprzemyślane regulacje doprowadzają do sytuacji szkodliwych. Przykładem może być absolutyzacja kryterium najniższej ceny przy inwestycjach drogowych.

REKLAMA
Zamawiający, czyli państwo, ma obowiązek oszczędnie wydawać nasze pieniądze. Co do tego nie ma wątpliwości. Koszt nowej drogi ekspresowej lub autostrady nie powinien być większy, niż wynika to z rynkowych kalkulacji. Ale czy może być mniejszy? W teorii – jeśli jako podstawę przyjąć oferty przetargowe, składane przez niektóre firmy – może. Zastanówmy się jednak, co to oznacza. Albo zamawiający, czyli strona publiczna, zbyt wysoko skalkulowała koszt inwestycji – albo też firma startująca w przetargu dała cenę poniżej rzeczywistych kosztów. W pierwszym przypadku mielibyśmy do czynienia z niefrasobliwym wydawaniem publicznych pieniędzy, w drugim – z zagrożeniem dla terminu i jakości realizacji inwestycji. A z realną konkurencyjnością ma to niewiele wspólnego.
Co ciekawe, sama branża budowlana krytykuje stosowanie ceny jako jedynego kryterium przy wyborze wykonawcy.
Czy budując dom, patrzymy tylko na to, ile zapłacimy, czy też chcemy mieć gwarancję, że budynek stanie w terminie, zostanie wykończony zgodnie z naszymi wymaganiami, a ekipa budowlana w połowie prac nie postawi nas (dosłownie i w przenośni) pod ścianą, żądając dodatkowych pieniędzy? Odpowiedź jest oczywista. Tylko, że w przypadku budowy domu ryzykujemy jedynie my sami, a w przypadku budowy autostrady ryzyko i koszty ponosimy my wszyscy - podatnicy.
Kryterium „100% ceny” nie jest wymogiem ustawowym, a po prostu złą praktyką powielaną przez zamawiającego. Dobrym rozwiązaniem, stosowanym w państwach Unii Europejskiej, jest położenie nacisku na sprawne postępowanie prekwalifikacyjne. To przecież w interesie urzędników i polityków leży takie sprawdzenie potencjalnych kontrahentów, by uniknąć ryzyka związanego ze słabą kondycją finansową spółek, ubiegających się o zlecenia.
Spory dotyczące kwestii związanych z budową dróg, najczęściej sprowadzają się do wzajemnego przerzucania odpowiedzialności z zamawiającego na wykonawcę. GDDKiA piętnuje złe praktyki firm drogowych, te zaś skarżą się na urzędników. Rzeczywistość oczywiście nie może być postrzegana jedynie w czarno-białym kontraście. Zmiana praktyk przetargowych na pewno ułatwiłaby pracę Generalnej Dyrekcji, a wówczas zapewne mniej sporów trafiałoby na sądową wokandę…