O autorze
dziennikarz
twitter: @sendecki81

Kobe jak… vino i inne przydomki w NBA

Kobe Bryant nazwał się …„vino”. Konkretnie to nazwał go tak jego kolega (złośliwcy twierdzą, że raczej jego specjalista od reklamy) Przydomek już się przyjął, bo Kobe każdego dnia udowadnia, że jest jak wino. Im starszy, tym lepszy.



Dziś w nocy Los Angeles Lakers grali mecz w Nowym Orleanie. Grali fatalnie. Momentami strata do przedostatniej drużyny Zachodu wynosiła ponad 20 punktów. Czwartą kwartę koszykarze z Los Angeles zaczynali ze stratą 18-tu punktów. Ale co wydarzyło się w ostatnich 12-tu minutach, to trzeba zobaczyć.




Po tym meczu Lakers znów są na zero. 31 zwycięstw i 31 porażek. To wciąż oznacza tylko 9-te miejsce na Zachodzie. Ale z każdym dniem jest bliżej do obiecanych kibicom prze Bryanta play-offów. Dla lidera drużyny z Los Angeles to nie jest rekordowy sezon (27,4 pkt./mecz, 5,5 zb. i 5,4 as.) bo lepsze statystyki Kobe miał już w karierze nie raz. Ale jeśli dodamy, że są to osiągnięcia 34-latka i jeśli popatrzymy na to jak Bryant gra i jak wielką rolę odgrywa w zespole to rzeczywiście mam wrażenie, że dawno nie oglądałem go w takiej formie. Żeby jednak nikt nie miał wątpliwości, że Bryant im starszy tym lepszy to przyjął ksywkę…


…Vino…

„Vino” oznacza oczywiście „wino”, tyle że pisane po włosku. Bo przecież Kobe wychował się we Włoszech. Czy wino jest wytrawne i czy na koniec sezonu Kobe zmieni ksywkę na „Szampan” dopiero się przekonamy. Na razie mimo świetnej gry pana Kobe „Vino” Bryanta Lakers wciąż są poza play off. Jeśli KB przywiąże się do swojego nowego pseudonimu to w zapomnienie pójdzie „Black Mamba”, którego do tej pory używał. A ponieważ „Czarna Mamba” (bardzo jadowity wąż) nadal pasuje do gry Bryanta to istnieje spore ryzyko, że chodzi o zaproszenie kibiców do zakupienia koszulek z nadrukiem „Vino”. Na razie KB nowym przydomkiem podpisuje się na twitterze.


…i inne przydomki

Kobe nie jest pierwszym, który chce zmienić swój pseudonim. Niektórzy jednak przesadzają. Dwyane Wade miał fajną ksywkę „Flash” a ostatnio promuje… WoW („Way of Wade”). Mistrzem zmian i nadawania sobie coraz to nowych pseudonimów był za to Shaquille O’Neal. Najpierw było hasło „Shaq Attack”, a przez kolejne lata: „Diesel”, „Big Aristotle” (Wielki Arystoteles:) „Big Cactus”, „Shaq-fu”, ale też „Osama bin Shaq” (co w 2002 roku mało kogo w USA rozbawiło) Niektóre zmiany się nie przyjmują. Wilt Chamberlain chciał być „Big Dipper” (Wielka Niedźwiedzica) a i tak wszyscy zapamiętali go jako „The Stilt” (czyli Szczudło). A on tego przezwiska nie znosił.



Imiona, nazwiska…

Wiecie jak jest z przezwiskami, jakoś tak same powstają. Wymyślają je koledzy z drużyny, kibice, dziennikarze. Chociaż w ostatnich latach coraz częściej myślą nad nimi specjaliści od reklamy i marketingu. Tak czy inaczej najłatwiej wykorzystać imię i nazwisko. Stąd Carmelo Anthony to „Melo”, Alonzo Mourning to “Zo”, Chris Paul to “CP3”, Tracy McGrady to “T-Mac” a Derrick Rose to “D-Rose”.



Zamiast imion…

Jak ma na imię „Magic” Johnson? No właśnie. Earvin. Ale kiedy jeden z komentatorów patrząc na to jak gra gwiazdor Lakers określił go mianem „Magic” szybko podchwycili to kibice. I tak zostało. Kibice na całym świecie wiedzą kim jest „Magic”. To jak znak zastrzeżony. „Magic” Johnson. Żaden specjalista od reklamy nie wymyśliłby tego lepiej!



A wiedzieliście, że Spud Webb miał na imię Anthony? Ale podobno jak był mały to jego głowa przypominała satelitę Sputnik więc rodzice mówili na niego „Sputnikhead” (biedne dziecko:) z czego został „Spud”.



Anfernee Hardaway znany był jako „Penny” a najniższy koszykarz w historii NBA Tyrone Bogues to przecież „Mugsy” Bogues.
Oddzielna kategoria to zawodnicy którzy zmienili imię albo nazwisko albo i jedno i drugie. Czasem z powodów religijnych (np.: Chris Wayne Jackson =>Mahmoud Abdul-Rauf) czasem z zupełnie innych. I wcale Metta World Peace (czyli kiedyś Ron Artest) nie był pierwszy. Grający w latach 80-tych w NBA Lloyd Bernard Free zmienił imię na World i powstało z tego „World B. Free”.

Tytuły…

Do nazwiska, jakie by ono nie było, warto dodać sobie jakiś tytuł. Samozwańczy „King James” (czyli Król LeBron James) jest już miłościwie nam panującym władcą bo na boisku udowodnił i cały czas udowadnia, że na koronę zasługuje. Ale w NBA byli też „The Captain” (Kareem Abdul Jabaar), „The Admiral” (David Robinson, zresztą żołnierz US Army), „The Rifleman” (Chuck Person) i oczywiście „Sir” Charles Barkley (który pseudonimów miał znacznie więcej, w tym i mniej dumne: „The Round Mound of Rebound”)
W najlepszej lidze świata nie zabrakło też „doktora”. Precyzyjna, dokładna (jak ruchy operującego lekarza) gra Juliusa Ervinga sprawiła, że w zawodowym sporcie przyjął się jego tytuł jeszcze ze szkoły średniej: „Dr. J”.



Legend, Answer i Robak…

Właściwie każdy koszykarz ma jakiś przydomek. „Larry Legend” (Larry Bird) , “The Truth” (Paul Pierce), “The Answer” (Allen Iverson), “The Worm” (Dennis Rodman), “The Chief” (Robert Parish), “Agent Zero” (Gilbert Arenas) to tylko kilka z tych najsłynniejszych. Każdy ma jakąś historię. Na przykład „The Glove” przylgnęło do Gary’ego Paytona bo on przylegał do przeciwnika jak rękawiczka, nie pozwalając mu na żadną swobodę na boisku. Karl Malone na zawsze zostanie zapamiętany jako „Mailman” bo dostarczał punkty swojej drużynie z taką regularnością jak przesyłki dostarcza listonosz (no może nie w Polsce:). Są też takie, których tłumaczyć nie trzeba jak Hakeem „The Dream” Olajuwon czy „King Kong” Patrick Ewing i mój ulubiony przydomek: „Pistol Pete”. Nosił go Peter Maravich, gwiazda NBA lat 70-tych.



Wielkie grzmoty

Niektóre słowa w przydomkach koszykarzy pojawiają się bardzo często. Szczególną karierę zrobiło słowo „Big”. W końcu w NBA grają wielcy ludzie. Jest zatem “Big O” (Oscar Robertson), “Big Baby” (Glenn Davis), “Big Ticket” (Kevin Garnett) i “Big Game James” (James Worthy). Dla równowagi był też “Malutki” czyli “Tiny” Nate Archibald.

Kolejne wielkie słowo to „Grzmot”. Najbardziej znany był „Thunder Dan” (Majerle), a inni to n.p.: „Turkish Thunder” (Ersan Ilyasova) i… „Chocolate Thunder” (Darryll Dawkins, swoją drogą to jedno z najgłupszych przezwisk jakie znam:). Za to największa gwiazda ekipy Oklahoma City Thunder – Kevin Durant nosi przydomek „Durantula”.

Na samej górze

No i doszliśmy na szczyt. „Latających” przydomków jest mnóstwo. W końcu mówimy o koszykówce. „Szybowiec” Clyde „The Glide” Drexler czy “Air Canada” Vince Carter. Ale to wszystko nic w porównaniu z Michaelem “Air” Jordanem. Przydomek „Air” doskonale oddaje to w jaki sposób grał lider Chicago Bulls. I został został przekuty w sukces finansowy. Dziś, 10 lat po zakończeniu kariery Michael Jordan wciąż zarabia miliony dolarów na marce „Air Jordan”. Choć ja i tak wolę „His Airness” ( tłumaczone na polski: „Jego wysokość”) Bo idealnie oddaje to kto jest najlepszym koszykarzem wszechczasów, pod każdym względem!



Międzynarodowo

Jak przyjeżdżasz do NBA z innego kraju jest duża szansa, że w twoim przydomku znajdzie się twoja narodowość. Marcin Gortat to „Polish Hammer” lub „Polish Machine”. Jego były kolega z zespołu Steve Nash bywa nazywany „Captain Canada”, Mickael Pietrus to „Air France” a Serge Ibaka „Air Congo”. Toni Kukoc był nazywany „Croatian sensation” lub „Euro – Magic”. I na koniec mój ulubiony: Andrei Kirilenko, znany też jako… AK47.

Trenerzy też mają ksywki

„Zen Master” – to oczywiście legendarny szkoleniowiec Bulls i Lakers Phil Jackson. Zasłużył sobie niekonwencjonalnymi sposobami prowadzenia zespołu (wręczanie zawodnikom książek do przeczytania było jedną z bardziej normalnych metod). Jednak trenerzy mają zazwyczaj mniej wymyślne przydomki: „Doc” (Glenn Rivers, trener Boston Celtics), „Pop” (Greg Popovich, San Antonio Spurs), „Thibbs” (Tom Thibodeau, Chicago Bulls) czy „Red” (legendarny Arnold Auerbach) no i Coach K. czyli szkoleniowiec Duke i reprezentacji USA Mike Krzyzewski.

Zespołowo

Ksywek dorobiły się też drużyny (bądź ich części). „Big Three” (było ich kilka ale ta oryginalna to Larry Bird, Kevin McHale i Robert Parish w Bostonie). „The Bad Boys” to Detroit Pistons z końca lat 80-tych. „Showtime” to Lakers z lat 80-tych. Najlepsza należy jednak do Portland Trail Blazers, których dekadę temu nazywano „Jail Blazers” bo większość zawodników miała problemy z prawem. Wśród nich był znany z polskich parkietów Qyntel Woods. Aha, są i tacy koszykarze, którzy przezwisk nie mają.

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...
O TYM SIĘ MÓWI 0 0Gliński weźmie artystów za twarz, jak w PRL? Prawda może was zaskoczyć
0 0Krótka ławka PiS. Nowy minister finansów debiutował jeszcze u Tuska
POLECAMY 0 0"Ostatnio pytali o trolle Ziobry". Uczy WOS-u w podstawówce i tak ocenia świadomość 14-latków
WYBORY 2019 0 0"Wyborcza": opozycja ma szansę odsunąć PiS od władzy. Jest nowy sondaż