O autorze
dziennikarz
twitter: @sendecki81

Polskie, marcowe szaleństwo.

W Stanach Zjednoczonych rozpoczyna się „March Madness”. Czyli coś czego Europejczycy – tak jak SuperBowl czy World Series – nigdy do końca nie zrozumieją. W tym roku warto się jednak zainteresować która uczelnia zdobędzie mistrzostwo USA w koszykówce. Bo wśród zawodników z 68 najlepszych drużyn mamy dwóch Polaków.



Gra w NCAA to teoretycznie najprostsza droga do NBA. Co roku kilkudziesięciu najlepszych zawodników drużyn akademickich jest wybieranych w drafcie. Niektórzy niemal od razu stają się gwiazdami NBA. Dla Polaków występy w amerykańskiej lidze akademickiej do tej pory oznaczały albo marginalne role w mocnych Uniwersytetach (Jacek Duda (Final Four z Providence 1987), Maciej Zieliński, Piotr Szybilski, Łukasz Obrzut, Olek Czyż w Duke) lub nieco większe role w słabszych drużynach (Rafał Bigus, Adam Hrycaniuk, Olek Czyż w Nevadzie). Zazwyczaj kończyło się to powrotem do polskiej ligi. Wyjątkiem jest tu chyba tylko Michał Ignerski, który grał całkiem nieźle dla dobrej uczelni Missisipi State. „Igi” do NBA nie trafił, ale zrobił niezłą karierę w Europie.
W tym sezonie mamy dwóch Polaków w NCAA. Tomasz Gielo wybrał przeciętną uczelnię, Przemysław Karnowski jedną z najlepszych. O ich przyszłości nie zadecyduje ten sezon a kolejne w trakcie których muszą się rozwijać i robić postępy. Ale i tak warto trzymać kciuki za dwóch „chłopaczków Szambelana”, którzy po wywalczeniu z kadrą U 17 wicemistrzostwa świata postanowili kontynuować karierę w Stanach Zjednoczonych.


Tomasz Gielo
Pół roku temu trener srebrnej drużyny U17 z 2010 roku Jerzy Szambelan mówił o Tomaszu Gielo: „podjął dobrą decyzję, wyjechał do Stanów Zjednoczonych. Tam szkolenie i organizacja jest na najwyższym poziomie. I widać, że chłopak się rozwija. On się zmienił. Jest bardziej dynamiczny, poprawił wiele elementów techniczno – taktycznych.” I choć wiele osób narzekało, że Gielo popełnia błąd, a na pewno bardzo ryzykuje idąc na przeciętną uczelnię – to dziś już wiemy, że młody koszykarz miał rację. Niespodziewanie jego Liberty Flames awansowało do głównego Turnieju NCAA a Polak robi postępy. W swoim drugim sezonie w USA gra ponad 23 minuty w meczu, zdobywał średnio 7,6 punktu (rekord: 19 w jednym spotkaniu) i 4,4 zbiórki.


Przemysław Karnowski
W jego ślady, po sezonie spędzonym w Tarnobrzegu poszedł Przemysław Karnowski. Obok Mateusza Ponitki największa gwiazda drużyny Szambelana. Karnowski grę dla zespołu Uniwersytetu Gonzaga zaczął rewelacyjnie, szybko okazało się jednak że debiutancki sezon to dla gracza z Torunia będzie głównie nauka. „Sheem” jeśli grał to raczej z przeciętnymi drużynami albo wchodził na parkiet gdy losy spotkania były już rozstrzygnięte. Średnio notował 5,5 pkt. i 2,6 zb./mecz. I to właśnie nad grą pod tablicami Karnowski musi pracować. W NCAA nie wystarczy już tylko jego 213 centymetrów wzrostu i 130 kilogramów wagi. Ale i tak nie ma wątpliwości, że ze swoimi warunkami fizycznymi i ciężką pracą center Gonzagi z każdym kolejnym sezonem będzie coraz bliżej draftu i gry w NBA. Na pewno Przemek Karnowski wybrał rewelacyjną uczelnię. Gonzaga słynie z pracy z wysokimi zawodnikami. Gwiazdą i liderem zespołu jest reprezentant Kanady Kelly Olynyk, którego pewnie niedługo zobaczymy w NBA. Gonzaga w tym sezonie spisuje się lepiej niż można było przypuszczać. Koszykarze Bulldogs okazali się lepsi od tak znanych uniwersytetów, jak: Duke (gdzie trenerem jest były selekcjoner reprezentacji USA Mike Krzyzewski), Indiana, Louisville, Georgetown czy Kentucky i po raz pierwszy do turnieju głównego przystępują rozstawieni w swojej konferencji z numerem 1.




Tournament
Czyli najważniejsza część sezonu to 31 mistrzów konferencji (w tym Gonzaga Karnowskiego, która w czwartek zagra z Southern University). Ale też 37 zespołów o których wyborze nie decydowały tylko wyniki (w tym Liberty Tomasza Gielo). Osiem z nich rozegra pierwszą rundę (Liberty zagra już dziś z North Carolina A&T Aggies), by wyłonić 64 drużyny, które podzielone na cztery grupy regionalne walczyć będą systemem pucharowym. Z tego zostanie najlepsza 16-tka (tzw. Sweet 16) potem 8-ka (Elite 8) i w końcu Final Four, które wyłoni akademickiego mistrza Stanów Zjednoczonych w koszykówce. Trochę to zawiłe ale w USA historia „March Madness” sięga 1939 roku i ma się dobrze. Mistrza NCAA poznamy 8 kwietnia w Atlancie. Wtedy 26 tysięcy ludzi wypełni halę Georgia Dome a miliony (tak około 50-ciu milionów:) Amerykanów zasiądą przed telewizorami. Tego dnia nie będzie grała liga NBA. Ale pewnie już w następnym sezonie niektórych bohaterów decydujących meczów NCAA zobaczymy na parkietach NBA.

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...
WARTO WIEDZIEĆ 0 0Gliński weźmie artystów za twarz, jak w PRL? Prawda może was zaskoczyć
WYBORY 2019 0 0"Wyborcza": opozycja ma szansę odsunąć PiS od władzy. Jest nowy sondaż