Polska była kiedyś, w sumie nie tak dawno, krajem, w którym walczyło się o zdobycie nowej, dobrej książki i w którym czytanie oznaczało jakiś prestiż. Dzisiaj znajdujemy się w europejskich forpocztach nędznego czytelnictwa, a polski rynek wydawniczy kurczy się w zastraszającym tempie. Czy to długotrwały efekt traumy transformacji, czy może chodzi o coś jeszcze zupełnie innego?

REKLAMA
Mój wychowany przez polską mamę i norweskiego tatę przyjaciel, który jest klasycznym molem książkowym, opowiadał mi, że w dzieciństwie, czyli w latach 70 - tych zeszłego już wieku miał silny kompleks niemożności dosięgnięcia wyżyn polskiej debaty intelektualnej. Biedny dzieciak naprawdę żył w przekonaniu, iż w kwestiach czytelnictwa i umiejętności dyskutowania o literaturze Norwegia w porównaniu z prawdziwie intelektualną Polską, to kraj barbarzyński. Jego mama często snuła nostalgiczne opowieści o tym, jak Polacy kochają książki. Obraz naszego kraju był niewątpliwie wyidealizowany pod wpływem emigracyjnej tęsknoty, ale w jej opowieściach tkwiło jakieś ziarno prawdy – książka była wówczas produktem poszukiwanym, zdobywanym i chętnie czytanym.
Sama pamiętam, że z kolei w Warszawie mojego dzieciństwa kontakt z literaturą nadal był czymś szalenie ważnym. Tymczasem w porównaniu z czytelniczymi zwyczajami dzisiejszych Norwegów, barbarzyńskim krajem wydaje się być właśnie Polska. To w Oslo, a nie w Warszawie działa wspaniały Dom Literatury, który - w tym znacznie od Warszawy mniejszym mieście- potrafi w ciągu trzech miesięcy zebrać ponad milionową publiczność na wieczorach poświęconych książkom i na spotkaniach z pisarzami. Jeszcze gorzej wypadnie Polska w porównaniu ze Szwecją. Ot choćby taki przykład: przez ostatnich parę dni cała Szwecja żyła jednym wydarzeniem, a były nim coroczne Targi Książki w Goeteborgu. Kiedy trwają Targi i do Goeteborga zjeżdżają pisarze i wydawcy z całego świata, szwedzkie gazety aż puchną od wywiadów-rzek z ludźmi pióra i od recenzji. Podczas Targów Książki w Krakowie czy Warszawie, w prasie trudno znaleźć notkę na ten temat. Bo kogo to w ogóle obchodzi?
Gdy na Międzynarodowej Scenie Pisarzy w Kulturhuset, w Sztokholmie ma pojawić się jakiś naprawdę słynny pisarz (powiedzmy Paul Auster albo Zadie Smith) bilety znikają w ciągu kilku dni, chociaż wcale nie są takie tanie, a sala, w której odbywają się spotkania z pisarzami może pomieścić ponad sześćset osób.
Także polscy pisarze potrafią zebrać w Szwecji ogromną publiczność, niech no tylko pojawi się w Sztokholmie Olga Tokarczuk czy Michał Witkowski, a ich wierni czytelnicy zbiegną się tłumnie na spotkanie.
Szwedzi kochają pisarzy i kochają książki, czytają je, kupują i dyskutują o nich naprawdę często. Tu także łamie się ręce nad faktem, iż młodsze pokolenie czyta mniej i poszukuje się skutecznych metod przeciwdziałania temu trendowi, ale generalnie Szwecja to kraj, w którym książka jest wciąż bardzo ważna.
A Szwecja nie jest przecież żadnym wyjątkiem, w wielu krajach rynek literacki może przeżywać drobne kryzysy czy obniżenia koniunktury, ale nie zmienia to faktu, że jest to rynek ważny, duży i opiniotwórczy, ludzie po prostu czytają książki i chcą je mieć w domu.
Jeszcze przed chwilą cała Wielka Brytania wstrzymywała oddech, bo miała się ukazać nowa książka (dla dorosłych) JK Rowling. Kiedy znacznie trudniejszy amerykański autor Jonathan Franzen wydaje kolejną powieść, jego fotografia zaraz ląduje na okładce „Time’a”. Każda jego nowa książka to przecież wydarzenie najwyższej rangi. W ostatnim czasie na całym świecie bije rekordy popularności blog mieszkającej w Nowym Jorku Bułgarki, Marii Popovej, która pisze tylko i wyłącznie o literaturze www.brainpickings.org
Świat czyta. Świat ceni pisarzy. Pojawiające się co jakiś czas przepowiednie na temat nieuchronnego końca powieści, czy zmierzchu literatury w ogóle, można spokojnie włożyć między bajki. Tymczasem w Polsce tragicznym statystykom czytelnictwa i żałosnym wynikom na rynku wydawniczym (w niemal czterdziestomilionowym kraju gigantycznym sukcesem wydawniczym jest sprzedanie 100 tysięcy książek!) towarzyszy coraz bardziej rozpowszechnione przekonanie, że NIE-czytanie to nie jest żaden obciach. Przeraża mnie, że coraz częściej słyszę, jak ludzie inteligentni, wykształceni i aspirujący do bycia oświeconą i nowoczesną klasą średnią z wielką łatwością i bez cienia wstydu stwierdzają, że w ogóle nie mają czasu na czytanie. Pisarze nie wydają się też być w Polsce autorytetami ani szczególnie atrakcyjnymi uczestnikami jakiejkolwiek debaty, na każdej linii przegrywają z wszędobylskimi i wszechwiedzącymi celebrytami i to oni, a nie ludzie pióra tłumaczą nam dziś jak żyć.
Sytuację tę rewelacyjnie podsumował Krzysztof Varga w opublikowanym parę tygodni temu w Magazynie Świątecznym Wyborczej eseju „W kraju Morloków”. Jego diagnoza jest naprawdę bolesna:
„(...) Czytanie książek w Polsce staje się coraz bardziej niszową zabawą dziwaków, a może nawet życiowych nieudaczników, ponieważ nie przynosi wymiernych korzyści materialnych. Jednocześnie kupowanie i czytanie książek jest domeną - co może w pewien sposób zaskakiwać - bogatych społeczeństw. Im kraj bogatszy, tym jego obywatele chętniej odwiedzają księgarnie, a ci mniej zamożni biblioteki. Nasze społeczeństwo, dalekie naturalnie od zamożności społeczeństwa niemieckiego, francuskiego czy społeczeństw skandynawskich, jednak sukcesywnie od dwudziestu lat się bogaci. Jednocześnie poziom czytelnictwa... spada - im Polak bogatszy, tym bardziej niechętny książkom.”Varga podkreśla, że w krajach zachodnich trend jest dokładnie odwrotny:
„(…) powieść "Łaskawe" Littella, czy "Cząstki elementarne" Houellebecqa znalazły nad Sekwaną koło miliona nabywców każda. Gdyby okazało się z niezrozumiałych powodów, że w Polsce milion osób kupiło jakąś powieść, oznaczałoby to po prostu, że chwilowo nie znajdujemy się w Polsce.” – pisze gorzko Varga i ma niestety rację.
Polska powoli wysuwa się na pozycję najmniej czytającego kraju Europy (co stanowi sporą ironię wziąwszy pod uwagę, że od lat próbujemy się promować na świecie, jako kraj, który „kulturą stoi”).
Bardzo często zastanawiam się nad tym, jak mogło dojść do dzisiejszej sytuacji, kiedy przeciętny Polak wcale się nie wstydzi, że literatury nie ceni, a polscy politycy mają na głowie milion spraw, które uważają za istotniejsze od promocji czytelnictwa.
Czy jest to efekt traumy epoki transformacji? Czy to jest uleczalne? Czy Polacy kiedyś ponownie sięgną po książki, czy dorobimy się w końcu światowej sławy z powodu totalnej obojętności dla słowa pisanego?