Jednym z powodów, dla których kocham Szwecję (bo rzeczywiście mam dla tego kraju sporo ciepła i jeszcze więcej szacunku) jest szwedzki sposób myślenia o równouprawnieniu płci. Szwecja dużo na tym polu osiągnęła i myślę, że nie tylko kobietom, ale także mężczyznom łatwiej dzięki temu żyć.

REKLAMA
Dodam przy tym, że rozpowszechniony w pewnych kręgach stereotyp Szwecji jako kraju szalejących i drapieżnych feministek jest mylny. Szwedzkich feministek, a także feministów jest po prostu na tyle dużo, że reprezentują wszelkie możliwe temperamenty, no i nikt nie uważa ich za istoty dziwaczne lub wrogie społeczeństwu, więc skąd miałaby pochodzić agresja?
Dzięki konsekwentnej walce o równouprawnienie i mądrej polityce prorodzinnej płatny urlop rodzicielski trwa w Szwecji 450 dni i może być dowolnie dzielony pomiędzy mamę i tatę (z wyłączeniem dwóch miesięcy, które przeznaczone są tylko dla ojców), miejsca w przedszkolach mają zapewnione wszystkie dzieci i to od pierwszego roku życia, a pracodawcy zatrudniający rodziców dzieci do lat ośmiu mają obowiązek zezwolić im na pracowanie w niepełnym wymiarze godzin. Jednocześnie aż 74% Szwedek w wieku produkcyjnym pracuje zawodowo. I właśnie aspektem, który wydaje mi się dziś szczególnie interesujący jest sytuacja kobiet szwedzkich i polskich w miejscu pracy. Nie zamierzam w tym miejscu porównywać różnic w wysokości płac kobiet i mężczyzn w Szwecji i w Polsce, ani wspomnianego już procentu kobiet pracujących zawodowo (choć w Szwecji jest zatrważająco wyższy). Moją uwagę zwracają kwestie zupełnie inne, trudne do uchwycenia, w sumie drobne, a przecież istotne i silnie odczuwalne. Chodzi o zwykłą, codzienną relację pomiędzy płciami.
Otóż w Szwecji będąc kobietą w pracy jesteś przede wszystkim człowiekiem, twoi koledzy i partnerzy interesów traktują cię poważnie i – uffff, co za ulga – całkowicie bezpłciowo. Jeśli jesteś kobietą, panowie nie będą przepuszczać cię w drzwiach, ale nie będą cię też traktować jak swojej sekretarki i to także w sytuacji, gdy jesteś przykładowo ich zastępcą. Jakie płyną z tego jeszcze pożytki? Żaden Szwed nie powie o swojej wrednej szefowej (jeśli taka mu się akurat przytrafi) „bo to głupia stara panna jest” lub „wyżywa się, bo niedopieszczona”. Czy takie komentarze są na miejscu w Polsce? Odpowiedzcie sobie sami.
Inny przykład, tym razem z mojego własnego życia wzięty. Biorę udział w poważnej konferencji w jednym z polskich miast, będę zabierać głos w kilku panelach. Jestem dobrze przygotowana, chętna do dyskusji, ciekawa poglądów innych uczestników spotkania. Jestem także w mniejszości, na sali przeważają panowie i to znacznie ode mnie starsi. Moderator wita uczestników spotkania, lista wymienianych osób jest długa. Witani są panowie profesorowie, panowie dyrektorzy, panowie kierownicy, panowie radcy. Pań jak na razie nikt nie wymienia. W końcu moderator uśmiecha się szeroko, toczy wokół wzrokiem i dodaje:
- Witamy także nasze panie dyrektorki, które tak pięknie UBARWIAJĄ nasze spotkanie.
Bęc. Moje przygotowanie merytoryczne diabli wzięli, bez względu na to, czy jestem panią dyrektor czy panią dyrektorką, w oczach pana moderatora, mam przede wszystkim ubarwić i umilić naradę. Coś jakby hostessa, tyle że na stanowisku. Wielokrotnie zdarzały mi się takie, niby niewinne historie. Bywałam przedstawiana przez przedstawicieli ważnych polskich środowisk przedstawicielom innych ważnych kręgów jako:
- Nasza pani dyrektorka, proszę, proszę, taka ładna blondynka.
Polscy panowie na stanowiskach czy bez stanowisk dość często nie mogą sobie odpuścić podkreślania kobiecości współpracujących z nimi kobiet i to kobiecości postrzeganej jako słabość lub element czysto wizualny Czasami robią to z przyzwyczajenia, czasami ze źle pojmowanej sympatii, czasami złośliwie, problem pozostaje jednak ten sam. Osoba taksowana samczym wzrokiem i wpychana w rolę „kobietki” ma mniej stabilny grunt pod nogami i musi się porządnie nawalczyć, żeby być odbierana na poważnie. Tymczasem człowiek w pracy bez względu na to, czy ubiera się w sukienkę, czy w spodnie powinien być całkowicie przezroczysty płciowo. Upieram się, że nie jest to nudne, tylko normalne. Zresztą kobieta w pracy wcale nie musi upodabniać się do mężczyzn, może sobie nosić szpilki i krótkie spódnice, i nadal ma prawo być traktowana jak współpracownik, którego płci w ogóle się nie zauważa i nigdy nie podkreśla. Panowie, którzy nie mogą się nadziwić temu wpisowi, powinni szybko zamknąć oczy i pomyśleć, jakby się poczuli, gdyby ich szef, kolega z pracy, czy moderator dyskusji, w której mają wziąć udział, przedstawiając ich w sytuacji zawodowej palnął: - To jest pan Zenon Kowalski, proszę przy okazji zwrócić uwagę, jakie ma ładne mięśnie i ile ostało mu się na głowie włosów.
Albo: – A teraz zabierze głos pan Wiesław Jowialski, który opowie nam o wynikach statystycznych firmy, wprowadzając przy tym jakże miłą i uroczą atmosferę.
Kobiety w pracy nie muszą niczego uprzyjemniać ani upiększać. Mają prawo być oceniane tylko i wyłącznie z powodów merytorycznych i nie tłumaczyć się wiecznie ze swojego wyglądu lub… ze swoich stanowisk, jak czyni to nerwowo ta czy inna polska pani minister (albo i ministra). Pani taka posadzona w studiu telewizyjnym koniecznie musi podkreślić, że tak naprawdę to najbardziej lubi lepić pierogi i szorować podłogę, a polityka to tak przy okazji jej się przydarzyła.
W Szwecji można być jednocześnie kobietą, nawet młodą i zdecydowanie BARWNĄ, a przy tym jeszcze matką małego dziecka i być przy tym szalenie poważnie traktowaną na gruncie zawodowym. Bez dodatkowych komentarzy (także tych ze strony mediów) Jedną z moich największych szwedzkich idolek jest minister ds. UE Birgitta Ohlsson.
Obawiam się, że w Polsce miałaby szansę zostać zadziobana, bo zdarza jej się i to całkiem często występować w oficjalnych sytuacjach w dość niekonwencjonalnych strojach (od różowych rajstop począwszy, na zabawnych sukienkach z kokardą skończywszy), a swoje stanowisko objęła będąc w ciąży. Dodam, że w ministerialnym gabinecie urządziła mały kącik dziecięcy, żeby móc czasem zabierać córkę do pracy, choć oczywiście większą część urlopu rodzicielskiego spędził z nią ojciec. O tym ostatnim Birgitta Ohlsson - zapytana, jeszcze w ciąży, jak sobie poradzi z obowiązkami ministerialnymi mając dziecko -powiedziała, że ojciec jej dziecka nie jest przecież dinozaurem. Birigtta Ohlsson jest doskonałym mówcą i skutecznym politykiem. Jej zaangażowanie w kwestie praw człowieka i demokracji doceniane i widoczne jest nie tylko w Szwecji, ale także na forum międzynarodowym. Ma wyraziste poglądy (jest m.in. zwolenniczką wejścia Szwecji do NATO, większego otwarcia na imigrantów i wprowadzenia republiki, znana jest też w całej Europie z poparcia dla środowisk LGBT). Myślę, że to kim mogła się stać zawdzięcza w równym stopniu sobie, co i społeczeństwu, w którym pozytywnie jest być feministką, a kobiet w pracy i na stanowiskach nie niszczy się za dobry czy zły wygląd, kolorowe rajstopy, albo fakt, że właśnie zaszły w ciążę.
Dodam, że Birgitta Ohlsson twierdzi, że uznała się za feministkę w wieku nastu lat i zawsze pozostanie wierna temu przekonaniu, a jej idolkami są Pippi Långstrump, Madonna i Hillary Clinton.
logo
Birgitta Ohlsson, fot. Johan Ödmann


„A man can always be seen. Women are looked at”
Susan Sontag