Nowy rok to dobry moment, żeby zacząć robić w życiu to, o czym naprawdę się marzy. Sami najlepiej wiecie i to pewnie od wczesnego dzieciństwa, kim chcielibyście być. Pamiętacie te wszystkie wspaniałe i pełne nadziei opowieści zaczynające się od słów „kiedy dorosnę, to …”? Może czas już nareszcie pójść tą drogą?

REKLAMA
Mam naprawdę dobre przeczucia związane z rokiem 2013. Odpukać w niemalowane. Nareszcie zajmuję się dokładnie tym, czym chcę. To prawdziwy luksus, który nie jest dany każdemu, więc należy go doceniać i nie narzekać nawet w chwilach, gdy luksus nagle wydaje się jednak ciężarem a nie obiecaną, dodatkową parą skrzydeł. Brak etatu oraz życie z tłumaczeń i pisania oznacza zdecydowanie mniejsze zarobki, ale odkryłam, że w sytuacji, gdy zamiast cudzych, realizuję własne marzenia, zdecydowanie zmniejsza mi się potrzeba nabywania przedmiotów. Super odpowiedzialna praca, która pochłaniała w dodatku liczne wieczory i weekendy, wymagała rekompensaty w postaci ... rzeczy. Pisanie i tłumaczenie, którymi mówiąc szczerze zajmuję się jeszcze intensywniej, ale już na własnych warunkach, nie zostawiają we mnie wyrw i pustych przestrzeni, które trzeba zapełniać zakupami i nie powodują stresu, który najprościej odreagować przez konsumpcję.
Zatem mam to, czego chcę i okazuje się, że w gruncie rzeczy to nie potrzeba mi aż tak wiele. Muszę mieć czas i sporo samotności, żeby móc pracować nad książką, a do tego parę razy w tygodniu potrzebuję iść na bikram yogę. Wierzę, że nie da się dbać o umysł i o duszę bez dbałości o ciało. Poza tym yoga to żelazna dyscyplina, a jej właśnie potrzeba do napisania dobrej powieści. Słowami Haruki Murakamiego: „Żeby wytrwać w czymkolwiek, trzeba utrzymać rytm”.
Najciekawsze w tym wszystkim jest to, że tak naprawdę od małego wiedziałam o sobie kilka, istotnych rzeczy, między innymi, że do szczęścia potrzebuję pisania, że kocham koty i że dobrze zrobiłaby mi yoga. Pamiętam, jak studiowałam starą książkę mamy na temat hatha yogi wypróbowując dość niezgrabnie kolejne asany i jak od pierwszych klas podstawówki nieustannie coś pisałam. Miałam też babcię, która hodowała koty.
Uwielbiałam z nimi przebywać, dawały mi taki rodzaj spokoju, od którego lepiej się czułam. Można więc powiedzieć, że już w wieku lat dziesięciu mogłam tak zaplanować swoje życie, by dawało mi jak największą satysfakcję. Niestety natura ludzka jest dość dziwna i zwłaszcza jeśli jest się kobietą, poświęca się najpierw dużo czasu na wątpienie w siebie i rezygnowanie ze swoich własnych planów. Yogę zaczęłam więc ćwiczyć dopiero dwa lata temu, a więc mając trzydzieści sześć lat. Wyleczyła mnie z astmy, poprawiła figurę, zlikwidowała zimowe depresje i mocno zharmonizowała. Również dwa lata temu pojawił się w naszym domu kot, a raczej humorzasta kotka i jej obecność przyniosła nam sporo radości. No i na zakończenie stało się to, co najważniejsze w moim życiu zawodowym. Zamiast kontynuować bieganinę w kołowrotku, co uparcie robiłam do tej pory, czyli tłumaczyć i pisać „przy okazji” wymagającej pracy, powtarzając sobie bez większego przekonania i nadziei, że w jakiejś nieokreślonej, lepszej, innej przyszłości będę mogła podejść do moich marzeń na poważnie, po prostu odważyłam się postawić wszystko na jedną kartę. Dwa lata przed czterdziestką to chyba najwyższa pora, żeby zacząć robić, co się kocha, prawda? Na poważnie. Świadomie ryzykując także to, że się nie uda i wierząc, że jednak będzie dobrze. Trzymajcie za mnie kciuki i pamiętajcie, że Wy też sami najlepiej wiecie, na czym Wam w życiu zależy. Może tylko nie daliście sobie jeszcze szansy, żeby tego spróbować. Jednak macie to w sobie, jestem tego pewna, więc może nadszedł już czas, żeby się odważyć?
Pozdrawiam wszystkich noworocznie!
logo
podręcznik do bikram yogi, bez niej już nie funkcjonuję...