Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego chwali się w swoim rocznym raporcie rekordowym budżetem:"łączne środki w dyspozycji Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego w tym roku wyniosły 3,5 mld zł". Jednocześnie znakomitej większości spośród 30 tysięcy polskich bibliotek w tym samym roku 2012 nie było stać na zakup nowości wydawniczych. Wygląda zatem na to, że także dla ministra kultury promocja czytelnictwa w Polsce nie jest żadnym priorytetem, może stawia się dziś nawet na promocję całkowitej rezygnacji z czytania?
Najbardziej szokujące jest to, że w Polsce czytanie jest tak bardzo niemodne, że nie czytają nawet ludzie wykształceni i aspirujący do bycia elitą intelektualną:
„Najbardziej zaskoczyły nas wyniki właśnie w grupie najlepiej wykształconej i w elicie społecznej. Okazało się, że 25 procent osób z wyższym wykształceniem nie przeczytało czy nawet nie przejrzało w ciągu roku żadnej książki, choćby albumu czy książki kucharskiej” – mówi Makowski.
Polacy w ogóle nie wstydzą się przyznać do tego, że nie czytają, podobnie jak mało trendy jest mieć książki w domu. Znajdujemy się w ogonie Europy, bo przykładowo „w Czechach, bardzo podobnych do Polski historycznie, kulturowo i ekonomicznie, nie czyta jedynie 17 procent.” Nie wspominając już o krajach skandynawskich, w których ludzie po prostu pochłaniają książki, wiem, że to prawda, bo większą część czasu spędzam w Szwecji i to obserwuję.
Ponadto, jak już sama wielokrotnie pisałam, w Polsce książki sprzedają się w żenująco małych nakładach. W niemal czterdziestomilionowym kraju przeciętny nakład nawet bardzo dobrej powieści to 3 - 4 tysiące.
Jedną z głównych przyczyn obecnej sytuacji jest fakt, że większość polskich bibliotek znajduje się w tak fatalnej sytuacji finansowej, że w ogóle nie kupują nowości, a to tych ostatnich potrzeba, by ludzie zaczęli do bibliotek częściej zaglądać.
„O atrakcyjności biblioteki decyduje zakup nowości. Biblioteka publiczna musi mieć książki, o których właśnie się mówi. W Polsce średni nakład książki to 2,5 tysiąca, beletrystyki – 4 tysiące, a bibliotek jest ponad 30 tysięcy. Według nieopublikowanych jeszcze statystyk Biblioteki Narodowej w 2011 roku średnia zakupu nowości wyniosła 7,2 wolumina na 100 mieszkańców. Średnia w Europie to 25, w Danii – ponad 30, a w Estonii – 36. Te siedem woluminów oznacza, że polskie biblioteki w większości tylko wymieniają zaczytane lektury szkolne” – mówi Makowski.
Tymczasem Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego opublikowało właśnie radosny raport na temat swojej zeszłorocznej działalności, z którego pierwszych zdań dowiadujemy się rzeczy następującej:
„Rok 2012 r. to przede wszystkim najwyższy w historii, rekordowy budżet. Łączne środki w dyspozycji Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego w tym roku wyniosły 3,5 mld zł. To aż o 656 mln więcej niż w roku 2011. Przy zachowaniu obecnej dynamiki wzrostu nakładów na kulturę, postulowany 1% budżetu na kulturę zostanie osiągnięty już w 2015 r.”
Okazuje się więc, że ministerstwo pieniądze na kulturę ma i się tym chwali, tylko jakoś dziwnym trafem w rekordowej ilości WIELKICH wydatków nie udało się znaleźć przyzwoitej sumy, która wsparłaby 30 tysięcy polskich bibliotek. Warto dodać, że umożliwienie bibliotekom kupowania nowości wydawniczych stanowiłoby także gigantyczne wsparcie dla ledwo zipiących polskich wydawnictw, które ze względu na zwiększenie sprzedaży książek dla bibliotek, mogłyby zwiększyć ich nakłady. To z kolei stanowiłoby wielką pomoc dla polskich pisarzy, którzy nagle zaczęliby zarabiać nieco bardziej przyzwoite pieniądze.
Niestety polskie Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego lekceważąc kwestię pomocy bibliotekom, najwyraźniej stawia na promocję całkowitego braku czytelnictwa. Oby tak dalej, może dojdziemy wkrótce do wymarzonego 99,9 procent Polaków, którzy nigdy nie sięgają po książkę.
Na co wydało pieniądze MKiDN można przeczytać w optymistycznym raporcie,
"2012 w kulturze-Rok Rekordów":
Tekst linka
