
Gdy słyszę się „E-podręcznik” to w pierwszej chwilę widzę umęczone pierwszaki z przeładowanymi tornistrami stanowiącymi połowę masy ich ciała, które nagle przeistaczają się w uśmiechnięte dzieciaki zasuwające ochoczo do szkoły li tylko z tabletem w ręku. Niestety ten sielankowy obrazek zaburza dość mocno gwałt na wolnym rynku, jakiego pod pretekstem wprowadzenia e-podręczników próbuje dokonać Ministerstwo Edukacji Narodowej.
REKLAMA
Myślę, że gdyby celem MEN było tylko i wyłącznie dbanie o wagę plecaków uczniów, to czołowe wydawnictwa tradycyjnych podręczników, które obecnie stoją w opozycji do e-podręczników pierwsze podchwyciłyby tę ideę i zaczęłyby przystosowywać swoje podręczniki do nowej platformy. Jako, że są to firmy od lat zajmujące się tworzeniem podręczników szkolnych przypuszczam, że byłyby to materiały naprawdę wysokiej klasy oparte o lata doświadczeń i uwzględniający uwagi tysięcy uczniów i nauczycieli. Kto tymczasem będzie tworzył treść do e-podręczników? Uniwersytety, o których jakości kształcenia mówi się dość negatywnie, nie mające często pojęcia o realiach panujących w szkolnictwie innym niż wyższe oraz jedno niszowe wydawnictwo, które na wolnym rynku nie było w stanie zbudować pozycji (czyt. nauczyciele decydujący o wyborze podręcznika wyżej cenili podręczniki innych wydawnictw). Komizmu sytuacji dodaje także fakt, że pomysł MEN na temat e-podręczników zakłada wydawanie PAPIEROWEGO zeszytu ćwiczeń, mimo że można by spokojnie przygotować go w wersji elektronicznej.
Niestety jednak MEN uparł się, żeby nie tylko stworzyć platformę, ale też zamknąć ją dla innych wydawnictw oraz dostarczyć tam własne treści bezpłatnie. Ciężko zrozumieć taką postawę Ministerstwa. Cóż byłoby złego gdyby każde wydawnictwo mogło umieścić swoją treść na platformie e-podręczników? Tymczasem nauczyciele niebawem staną przed wyborem pomiędzy bezpłatnym podręcznikiem szkolnym napisanym przez ludzi bez dużego doświadczenia w ich tworzeniu dostępnym na nowoczesnej platformie a płatnym podręcznikiem dużo wyższej jakości boleśnie wykrzywiającym kręgosłupy naszych dzieci. Zdrowie czy lepsza edukacja? - konia z rzędem temu nauczycielowi, który będzie w stanie dokonać wyboru i uzasadnić go na wywiadówce.
Wydawałoby się, że bezsprzeczną zaletą e-podręczników jest ich bezpłatność. Kręgosłupy uczniów mają się lepiej, dodatkowo oszczędzamy pieniądze, a tylko podręcznik jest ciut gorszej jakości. 2 do 1 dla pomysłu MEN wydawałoby się. Nic bardziej mylnego! Taki podręcznik jest ogromnym zagrożeniem dla kilku potężnych wydawnictw, które mając wizję bankructwa, zrobią wszystko, żeby nie dopuścić do wprowadzenia pomysłu MEN w życie. Będą zwalczać pomysł MEN na wszystkich jego etapach, bo to dla nich być albo nie być. Gdybym był na ich miejscu zrobiłbym tak samo. Nie zawahałbym się jeździć od szkoły, do szkoły od nauczyciela, do nauczyciela przekonując go, że mój płatny papierowy podręcznik mimo nadwyrężania pleców uczniów jest lepszy niż bezpłatny e-podręcznik MENu. I zaręczam Państwa, że wielu nauczycieli w ten czy inny sposób bym przekonał. Nie miałbym innego wyjścia. Koniec końców jednak z pewnością musiałbym zwijać manatki i ogłosić upadłość. Nawet wprowadzanie własnych e-podręczników obok papierowych wydań, co już robią idący z duchem czasów wydawcy, nie uchroniłoby mnie przed tym losem.
Dlaczego więc MEN chce doprowadzić kilku wydawców podręczników, na których dziełach wykształciły się setki tysięcy Polaków do upadłości? Wszyscy, a więc i MEN, i wydawnictwa, doceniamy wartość jaką jest polepszanie edukacji oraz szansę jaką jest jej cyfryzacja. Niemniej jednak wielu z nas, mam nadzieję także w MEN, docenia wartość jaką jest wolność gospodarcza i nieingerowanie przez państwo w wolny rynek. Oczywiście czasem trzeba poświęcić te wartości na rzecz innych, które uznajemy za ważniejsze, a są one nie do pogodzenia z zasadą wolnego rynku. Czy tak jest w tym przypadku? Nie! Przecież można sobie wyobrazić sytuację, w której MEN mówi: Drodzy wydawcy, tutaj jest platforma e-podręczników, możecie tu wgrać swoje treści. Dostęp do nich będzie odpłatny. Ceny ustalcie według własnego uznania. Wszystko zweryfikuje rynek (tj. nauczyciele i rodzice). My, MEN do każdego e-podręcznika, dopłacimy np. 10 zł.
Przy takiej konstrukcji projektu. Przejście na e-podręczniki odbyłoby się dużo szybciej, bo wspieraliby ją wszyscy gracze na rynku. Co więcej koszty wdrożenia i refundacji części ceny e-podręczników byłyby pewnie podobne do kosztów stworzenia i rozwijania tych zamówionych przez MEN, a wolny rynek trwałby nienaruszony. Czy to takie ważne? Tak. Bo wolny rynek, to nie tylko pusta idea. W tym przypadku, to też kilka tysięcy miejsc pracy w wydawnictwach, gdzie osoby zasłużone w rozwoju polskiej edukacji, bardzo szybko mogą wylądować na bruku z powodu pomysłu MEN.
Moja koncepcja byłaby też zgodna z podejściem ograniczającym rolę Państwa w gospodarce. W PRLu przekonaliśmy, że lepiej dzieje się, gdy otaczają nas prywatne firmy i między innymi dlatego zmieniliśmy ustrój. Zauważyliśmy, że gdy sklepikarz pracuje na swój własny rachunek to nie brakuje towaru w sklepach, a klient jest lepiej obsłużony. Obecnie w podobny sposób coraz więcej osób myśli o dużo bardziej wrażliwych tematach, do jakich niewątpliwie należy służba zdrowia. Tam też zachęcamy przedsiębiorców do prowadzenia szpitali, mimo że za zabiegi wciąż w większości płaci państwo. Dlaczego więc nie możemy tego wypróbowanego modelu zastosować w kwestii podręczników?
