REKLAMA
Jeśli śladami McKeith Gillian napiszę, że jesteśmy tym co jemy, to będzie to zbyt odkrywcze stwierdzenie. Jest to prawda na tyle powszechnie przyjęta (podobnie jak na przykład szkodliwość palenia), że nawet Ci, którzy w żadnym stopniu nie zwracają uwagę na spożywane jedzenie zwykle jej nie kwestionują. Jeśli więc przyjmiemy za pewnik, że jedzenie produktów wykonanych tradycyjną metodą, bez barwników, konserwantów, polepszaczy smaku, spulchniaczy, stabilizatorów, uprawianych bez nawozów sztucznych i pestycydów lub hodowanych bez antybiotyków, dioksyn czy nadmiaru stresu, to samo rodzi się pytanie jak wybrać takie prawdziwe produkty spożywcze nie zostając pełnoetatowym rolnikiem, hodowcą i kucharzem czy poszukiwaczem spędzającym cały dzień na tropie naturalnych potraw.
Moim zdaniem wszystko zaczyna się od zaufania. O ile nie jest tak, że sami zasialiśmy i doglądaliśmy plonów aż do zbiorów lub od maleńkości troszczyliśmy się o cielaczka, to na jakimś etapie musimy komuś zaufać, że produkt ma takie a nie inne właściwości. Przykładowo widząc w supermarkecie informację, że dany czosnek pochodzi z Polski (a nie z Chin), stoimy przed pytaniem czy uwierzyć, że:
producent powiedział prawdę supermarketowi, co do kraju pochodzenia czosnku
supermarket, podał prawdziwą informację, co do kraju pochodzenia czosnku
czosnek podlega polskim normom w zakresie upraw czosnku
normy te są tak ustawione, że czosnek ten nam nie zaszkodzi
producent stosuje się do tych norm przy produkcji czosnku.
Na pierwszy rzut oka może to brzmieć paranoicznie, ale jeśli to głębiej przemyśleć, to wychodzi na to, że naprawdę na każdy z tych etapów może dojść do przekłamania i wtedy nadzieja na to, że produkt w koszyku jest tym na co liczymy można włożyć między pobożne życzenia.
Analogiczne rzecz się ma z przysłowiową babą z kleparza. Tam łańcuch założeń, w które trzeba uwierzyć jest jeszcze dłuższy i praktycznie nie idzie ustalić czy wspomniany czosnek pochodzi z przydomowego ogródka czy też z chińskiej plantacji.
Oczywiście fakt, że produkt będzie z Polskim w żadnym stopniu nie gwarantuje jeszcze, że będzie on spełniał opisane w pierwszym akapicie wymogi dla nazwania go „prawdziwym produktem spożywczym”. Wymogi takie najczęściej będą spełniać uprawy ekologiczne. Ale tu znów natrafiamy na pewien problem. Przychodząc na ekologiczny targ, znów muszę uwierzyć, że na całej drodze jaką przemierzył przykładowy pomidor, aby dotrzeć do mojego koszyka nie nastąpiło żadne zakłamanie. Muszę wierzyć w ekologiczne certyfikaty i w to, że ktoś naprawdę stosuje metody w nich opisane, że naklejki EKO nie są podrobione przez producenta czy sprzedawcę i tak dalej.
Sytuacja jeszcze się pogarsza, gdy myślimy o restauracjach. O ile jeszcze kiedy widzimy mięso, nabiał czy warzywa to mamy ograniczoną możliwość podjęcia próby dokonania wyboru w stronę bardziej prawdziwych produktów spożywczych, o tyle wypowiedzenie się o jakości mięsa, z którego zrobiono sos boloński albo warzyw, których użyto do zupy jarzynowej jest bardzo trudne. Stąd - znów - musimy zaufać, że restaurator podziela naszą troskę o jakość produktów spożywczych, podobnie jak wszystkie wcześniejsze ogniwa łańcucha zaufania.
W związku z tym pojawia się popularne ostatnio pytanie: Jak żyć?
Odpowiedź wydaje mi się tkwić głęboko w sposobie życia, jakie wiedzie coraz większa część z nas. Mam tu na myśli, życie w warunkach rozluźnionych więzi międzyludzkich i postępującej anonimowości. Założeniem zakupów w supermarkecie jest to, że podczas robienia zakupów nie będę musiał wchodzi w żadne, nawet powierzchowne interakcje międzyludzkie. Jeśli na dodatek skorzystam z samoobsługowej kasy, jest szansa, że w ogóle nie będę się musiał do nikogo odezwać. W takiej sytuacji dużo trudniej jest nawiązać stosunek zaufania, że oferowane nam produkty są wspomnianymi na początku prawdziwymi produktami spożywczymi, bo zaufać trzebaby jakiemuś bliżej nieokreślonemu bytowi, który gdzieś tam daleko od nas w strukturze korporacji jest odpowiedzialny za ten obszar. Mnie takie zaufanie przychodzi z trudem, gdyż mam poczucie, że ja jestem dla supermarketu również tworem całkiem niezindywidualizowanym.
Inaczej to wygląda, gdy nabywamy produkty wchodząc w relacje. Oczywiście fakt, że kupujemy warzywa zawsze u tego samego Pana na targu nie sprawi, że chiński czosnek, który oferuje stanie się magicznie ekologicznym produktem z przydomowego ogródka. Niemniej jednak tworzy się pewnego rodzaju więź, która z jednej strony ułatwia mi zaufanie sprzedającemu, zwłaszcza gdy równocześnie jest producentem, a z drugiej strony pozwala sprzedawcy/producentowi lepiej usłyszeć mój głos, zrozumieć czego potrzebuję i co jest dla mnie ważne. Zdaję sobie sprawę, że ktoś nadal może mnie świadomie lub nie świadomie wprowadzać w błąd. Jednak powiedzieć komuś coś prosto w twarz jest dużo trudniej niż wydrukować na kartce nieprawdziwy kraj pochodzenia.
Zresztą skoro w życiu zawodowym poświęcamy często dużo czasu na wybór dobrych i sprawdzonych dostawców, to dlaczego mielibyśmy inaczej postępować kiedy chodzi o coś daleko ważniejszego niż sprawy zawodowe?