Ostatnie głosowanie w sprawie ustawy aborcyjnej po raz kolejny pokazuje, że oprócz podziału na posłów popierających rząd i mu przeciwnych, mamy też wyraźny podział na posłów popierających obecne ustawodawstwo w sprawach obyczajowych, żądających jego poluzowania oraz domagających się jego zaostrzenia. Co więcej podziały te są zupełnie od siebie niezależne i wzajemnie się przenikają.

REKLAMA
I tak PO i PSL mają razem wciąż nieznaczną przewagę sejmową, która przy cichym poparciu niektórych posłów niezrzeszonych zwykle pozwala na realizację polityki gospodarczej rządu i utrzymaniu się przy władzy. Jednak swoboda głosowania w tzw. sprawach światopoglądowych w PO oraz swoboda koalicyjnego PSL w tym zakresie powoduje, że podział na koalicję i opozycję traci aktualność, gdy chodzi o aborcje, związki partnerskie i tym podobne sprawy.
W głosowaniach nad sprawami obyczajowymi można wyróżnić obozy: reakcyjny (dążący do zmniejszenia swobody obyczajowej), konserwatywny (dążący do zachowania status quo) i liberalny (dążący do zwiększenia swobody w kwestiach obyczajowych). Do obozu reakcyjnego można z pewnością zaliczyć SP i sporą część PiS i PSL, co widać, gdy popierają takie inicjatywy jak zaostrzenie polityki aborcyjnej czy popierają zakaz promocji homoseksualizmu (cokolwiek to znaczy). Obóz konserwatywny natomiast to niewielka część PiS i PSL, a także część posłów PO, którzy uważają, że obecny kompromis w sprawach obyczajowych jest dobry i nie należy go zmieniać. Jest wreszcie skrzydło liberalne, skupiające SLD, RP i cześć posłów PO opowiadających się chociażby za związkami partnerskimi. Oczywiście podział ten jest generalny i z pewnością można znaleźć pojedynczych posłów wymykających się tej klasyfikacji.
Zaprezentowany podział ze względu na kryterium obyczajowe powoduje, że jedyną większość jaką można utworzyć w sprawach obyczajowych to większość do obrony status quo, niezależnie od tego czy jest to obrona przed liberalizacją czy też zaostrzeniem regulacji obyczajowych. Jest to wynik prostej arytmetyki sejmowej, gdzie dopiero suma głosów przeciwników każdej zmiany (konserwatystów) połączona z głosami przeciwników zmian w danym kierunku (odpowiednio reakcjonistów bądź liberałów) daje większość.
Być może to właśnie jest wytłumaczeniem dlaczego rząd jest zupełnie nieobecny w kwestiach obyczajowych, a nieliczne przejawy aktywności na tym polu (program in vitro) wprowadzane są w taki sposób, aby nie musiały zyskać sejmowej aprobaty. Inną kwestią jest to, że ciężko również odpowiedzieć na pytanie jakie nastawienie ma Donald Tusk i jego rząd do szeroko rozumianych kwestii obyczajowych. Jest to jednak pytanie o tyle drugorzędne, że bez względu na to jakie miałby poglądy przy obecnym rozkładzie głosów pomiędzy frakcje konserwatywną, reakcyjną i liberalną żadna rządowa inicjatywa nie ma szans przejścia przez Sejm. Nawet propozycje umocnienia status quo - na przykład poprzez wpisanie do Konstytucji niektórych regulacji obyczajowych w celu utrudnienia ich zmiany w którymkolwiek kierunku w przyszłości - spotkają się prawdopodobnie z oporem ze strony liberałów i reakcjonistów, którzy przecież dążą do zmiany tych uregulowań.
Pozostaje oczywiście pytanie czy rzeczywiście Donald Tusk nie jest wystarczająco silny, aby narzucić swoim posłom oraz posłom koalicyjnego PSL swoją wolę, tak jak zrobił to chociażby w kwestii bardzo kontrowersyjnego zawieszenia progu ostrożnościowego czy wydłużenia wieku emerytalnego czy też po prostu na kwestiach obyczajowych mu nie zależy. Jaka by nie była prawda, to każdy wyborca PO (inne partie są bardziej jednorodne pod tym względem) przed wrzuceniem kartki do urny w następnych wyborach powinien się zastanowić, jakie stanowisko w sprawach obyczajowych prezentuje kandydat, na którego głosuje, gdyż kandydaci na tej samej liście partyjnej mogą się pod tym kątem znacząco różnić. Nawet jeśli nowy rząd pozostanie bierny, to nadal pojawiać się będą projekty poselskie i obywatelskie, do których nasz poseł będzie musiał się ustosunkować.