Wpatrzona w Zachód – jak większość z nas w PRL – istnienia tworu o nazwie ZSRR starałam się nie zauważać. Rosja zapukała do mnie poprzez uszy, w których dotychczas gościli głównie Francuzi (Edith Piaf, Ive Montand, Moustaki czy Belg Jacques Brel) pieśniami Bułata Okudżawy, Marka Bernesa czy Władimira Wysockiego. Okudżawą i Bernesem zachwycał się łagodny poeta Adam Kreczmar, a wściekłym Wysockim – znawca Związku Radzieckiego i dziennikarz Jerzy Redlich. Który niedługo po tym jak został moim (drugim) mężem, wyjechał do Moskwy - jako pierwszy po naszej pieriestrojce - korespondent TVP w Rosji.

REKLAMA
I wszystko jasne: pojechałam tam z nim. Po paru latach mąż wrócił, a ja tam zostałam (co, na szczęście, nie zrujnowało naszego związku).
Zaskoczenie odmiennością Rosji zamieniło się w ogromną jej ciekawość. I przysłowie: „ciekawość to pierwszy stopień do piekła” znalazło w moim życiu pełne zastosowanie: Rosja, którą zaczęłam poznawać bywała piekłem, a już na pewno czyśćcem: wszystkie dotychczasowe, nawet bardzo złe polskie doświadczenia blakły w porównaniu z rosyjską rzeczywistością. Wtapiając się w rosyjskie społeczeństwo, żyjąc wśród zwykłych, na ogół niezamożnych ludzi (los stringera) usiłowałam złapać równowagę między zachwytem (poczucie humoru! inteligencja! serdeczność! romantyzm!) a niechęcią (poddańczy stosunek do władzy i wszystko, co z tego wynika). I chciałam gromadzoną wiedzę o Rosji, która nauczyła mnie nie tylko rozumu, ale i pokory, przekazać moim wiecznie niezadowolonym rodakom. Może poznawszy rosyjskie przedsionki piekieł właściwiej ocenią miejsce, w którym przyszło nam żyć.
A że jestem skażona wykształceniem prawniczym, przywiązuję ogromną wagę do faktów: dat, osób, źródeł informacji. Biorę więc odpowiedzialność za – bardzo czasem trudną do uwierzenia – prawdę. Często niestety, bardzo niewygodną…