Egzotyczna podróż z bobasem? Wiele osób utożsamia posiadanie dziecka z rezygnacją z marzeń o dalekich, ekscytujących podróżach nie zdając sobie sprawy, że poznawanie nowych kultur z brzdącem na ramieniu ( brzuchu lub plecach) otwiera przed nami zupełnie nieznane i dotychczas nieotkryte oblicze wojaży.

REKLAMA
Dziś nie trzeba już być milionerem, żeby swobodnie podròżować po świecie. Wystarczy jedynie zrezygnować ze zorganizowanych wycieczek i poświęcić trochę czasu na śledzenie lotniczych promocji. Do Polski weszło dużo nowych przewoźnikòw, ktòrzy oferują loty do Azji w bardzo atrakcyjnych cenach, a na miejscu można już spokojnie nocować i jeść za kilkanaście dolaròw dziennie. Dzieci do 3 lat latają i śpią za darmo, więc tym bardziej warto ten niezwykły czas wykorzystać na podròże.Ten wpis ślę z regionu Krabi gdzie już bardzo turystycznie kończymy nasze przeszło miesięczne wojaże. Mimo to udało nam się tu zaznać spokoju na wspaniałych rajskich plażach rozrzucanych u wrót Oceanu Indyjskiego.Po raz pierwszy wyruszyliśmy ze Stasiekiem kiedy miał 5 miesięcy. Zjeździliśmy Portugalię. Kąpiel w oceanie to było dla niego wielkie przeżycie. Już wtedy zauważyliśmy, że malec przez te kilka tygodni niezwykle się rozwinął. Zmieniające się krajobrazy, zapachy, smaki jeszcze bardziej podsycały jego pragnienie poznawania świata. Dla nas, świeżo upieczonych rodziców to również był niezwykły czas, z jednej strony ucieczka przed domową rutyną, z drugiej możliwość zaznania niezwykłej rodzinnej symbiozy.Jak tylko wróciliśmy do Polski, zaczęliśmy myśleć o kolejnej eskapadzie. Zdecydowaliśmy się na Tajlandię, głównie ze względu na najlepszą w tym regionie kondycję służby zdrowia.
Naszą podróż zaplanowaliśmy tak, aby korzystając z lokalnych środków lokomocji poznać kraj od środka, a szerokim łukiem omijać turystyczne kurorty. Co później okazało się praktycznie niemożliwe, bo życie tutaj kręci się wokół zagranicznych backpakersów. Nie rezerwowaliśmy żadnych noclegów ani nie wyznaczaliśmyk konkretnych tras, wszystko od początku działo się spontanicznie.Oczywiście wyjazd z maluchem wymaga odpowiedniego przygotowania, kiedy już wybierzemy miejsce należy się zastanowić jaki mini środek lokomocji zastosować. Jeśli podróżujemy dużym autem warto wziąć wózek (parasolka nie zajmuje wiele miejsca) jednak kiedy czeka nas kilkunastogodzinny lot z przesiadkami warto się już zastanowić nad nosidłem lub chustą. Niektóre lotniska jak Dubaj czy Amsterdam oferują podróżnym wygodne spacerówki do łatwego przemieszczania się na ich terenie, ale nie jest to obowiązujący standard. Lecąc do Portugalii zdecydowaliśmy się na zabranie wózka, który podczas lotu został zupełnie zdewastowany. Przewoźnik poczuł się do odpowiedzialności i pokrył koszt nowego, ale warunkiem było jego kupno w miejscu złożenia reklamacji, czyli na początku urlopu musieliśmy bardzo nadszarpnąć nasz wakacyjny budżet. Teraz latamy z nosidłem.
Warto zorientować się czy w miejscu, do którego jedziemy można łatwo kupić mleko, kaszkę czy pieluchy. W Tajlandii z tym nie ma problemu, ale już słoiczków z dziecięcą zupą raczej się nie dostanie. Warto też mieć grzałkę, bo nie zawsze jest jak wyparzyć smoczek czy przygotować posiłek. Najważniejsze to brać jak najmniej, tylko rzeczy pierwszej potrzeby. My ubraniowo spakowaliśmy się na około 4-5 dni a i tak teraz żałujemy, że tyle zabraliśmy - optymalna byłaby wersja 3 dniowa. Wszędzie można zrobić pranie, a przy 40°C wszystko schnie błyskawicznie.
Nasz trip zaczeliśmy od Bangkoku. Miasto przyjęło nas całym swoim dobrodziejstwem. Stasiek tańczył z mnichami w buddyjskich świątyniach, ganiał po ulicy kozy z dzieciakami z sąsiedztwa i wcinał na ulicy szaszłyczki z ośmiornicy czy langustynki.
Dla mnie najtrudniejsze do przeskocznia było jeżdzenie taksówkami czy tuk-tukami, w Warszawie 100 metròw nie przejeżdżam bez zapiętego porządnie fotelika, a tu nagle nie ma nawet głupich pasòw. Przecierałam oczy patrząc na mijające nas skutery, którymi mknęli uśmiechnięci rodzice z jednym lub nawet dwójką dzieci i dobytkiem.
Niesamowite, jak Tajowie kochają dzieci - dzięki Stasiowi mieliśmy wstęp do miejsc, o ktòrych zwykli turyści mogli sobie tylko pomarzyć. Bangkokczycy otwierali przed nami swoje domy i serca, nigdy nie byliśmy spragnieni ani głodni, wręcz przeciwnie, wiecznie nas czymś obdarowywano.
Planowaliśmy podróż na północ do Chang Mai, ale dowiedzieliśmy się od mieszkańców, że oni sami w okresie od marca do końca kwietnia uciekają na południe, ponieważ jest to okres palnia pól i łąk w związku z czym nad miastem unosi się stały czarny smog. Najlepszą porą na zwiedzanie tych rejonów jest październik - listopad, zaraz po porze deszczowej, ale jeszcze przed zimą.
W związku z tym ze stolicy ruszyliśmy koleją na południe. Wybraliśmy opcję nocną, ponieważ z naszego doświadczenia lotòw samolotem, dzieciaki świetnie znoszą nocną podròż ( np. lot Dubaj - Bangkok, 8h Stasiek przespał od startu do lądowania). Tajska kolej zaskoczyła nas co nie miara, daleko w tyle zostawiając polskie PKP - klimatyzacja, świeże, pachnące kocyki i poduszki, ciepła herbata i lokalne ciasto, a to wszystko w wersji standard (słyszeliśmy, że wagony sypialne są jeszcze bardziej komfortowe). Zauważyliśmy, że nasza obecność strasznie drażniła współpasażerów "backpakersów"- dla nich, wystylizowanych, jakby żywcem wyjętych z powieści o Indiana Jonesie rodzinka z bobasem, burzyła wizję wyprawy do dzikiej Azji.
Następnego dnia rankiem byliśmy w Chumphon skąd katamaranem pruliśmy fale na maleńką urokliwą wyspę Ko Tao, ktòrą serdecznie polecam na odpoczynek po głośnym i tłocznym Bangkoku. Zamieszkaliśmy tam w małej drewnianej chacie przy plaży. Teraz, będąc już na 100% turystycznym południu tym bardziej doceniamy tamto miejsce, szczególnie spokòj i odludzie.
Bardzo ciekawym przeżyciem była przeprawa z Ko Tao do Surat Thai.Opcja nocna widniała pod nazwą "slow boat", co okazało się trzypiętrowym rybackim kutrem przerobionym na jedną wielką kajutę. Tu kolejny raz wyratował nas Staś, dzięki ktòremu otrzymaliśmy „luksusowe” miejsce pod wiatraczkiem na III piętrze.
logo
Rankiem zapakowalośmy się do rozpadającego się "minibusa" (przerobinej miniciężaròwki) i jak zgrabnie zapakowane sardynki wystartowaliśmy do Krabi. Mimo że na nocleg wybraliśmy miejsce oddalone o kilka kilometròw od turystycznego jądra - Ao Nang - to i tak czujemy się trochę jak w szczycie sezonu w Jastrzębiej Gòrze. Cała frajda tej lokalizacji polega na paśmie skalistych wysp oddalonych niewielkimi dystansami od brzegu. Dociera się na nie specjalnymi "long boats", ktòre przypominają mi trochę gondole. Tylko, że dzięki przymocowanym silnikom prują jak szalone.
I tu mòj strach związany z brakiem fotelika samochodpwego okazał się niczym w porównaniu z lękiem prucia taką łodzią z dzieckiem na rękach. Nie okazał się on bezpodstawny, podczas powrotu z jednej z rajskich plaż złapało nas sztorm i nagle staneliśmy w ścianie deszczu i fal nie widząc lądu z żadnej ze stron- mam nadzieję, że moja mama, która czyta pewnie teraz mojego bloga nie dostała właśnie zawału. Mamo, jesteśmy cali i zdrowi. Szybko udało nam się uciec ulewie i bezpiecznie dotrzeć do brzegu, jednak po tej przygodzie wybieramy już więkasze, bardziej stabilne łodzie.
Podczas podróży zawsze bywają gorsze chwile, ale to jest niczym wobec magii bliskości, którą się przeżywa. Nasz cały dobytek to jeden podróżny plecak. Cudownie jest się chociaż na chwilę pozbyć tych wszystkich akcesoriów,gadżetów bez których wydaje się nam, że nie możemy żyć. Zapomnieć o higienicznym, sterylnym życiu na rzecz odrobiny brudu i smrodu. Wiadomo, bobas musi swój paluszek wsadzić w każdą nawet najbardziej obrzydliwą dziurkę, rękę w najbardziej stęchłą kałużę a nogę w dziwnego pochodzenia błoto. Jednolatek niczego się nie boi i wszystkiego jest ciekawy. Będzie łapał za ogony jaszczurki i przeganiał małpy. Uwierzcie, nie ma lepszego przewodnika. Polecam Wszystkim!