
Nic właściwie nie legitymizuje mojego wpisu, bo niby dlaczego miałabym Państwu coś polecać, do czegoś namawiać, na siłę przekonywać - szczególnie jeśli jest to wizyta w kinie. Mimo to łamiąc konwencję poprzednich tekstów, dziś będzie o filmie, który sprawił, że mało nie spowodowałam wypadku, bo chociaż widziałam go kilka dni temu ciągle chcę więcej hardkor disko.
REKLAMA
Ponieważ o samym filmie wiele już napisano, dużo tłumaczono, były zachwyty, ale bez hejterstwa też się nie obeszło tę część zostawię do Waszej oceny, bo film najlepiej oglądać tabula rasa. Jeśli jednak ktoś woli wiedzieć, to polecam zajrzeć na stronę filmu a nie kierować się recenzjami.
Podróż sentymentalna trzydziestolatka
Nie ukrywam, że to co robi Krzysztof Skonieczny jest mi bliskie w bardzo konkretny, sentymentalny sposób. Za każdym razem serwuje mi podróż do moich osobistych "sweet nineties" z trzepakiem, pegazusem, kasetami vhs i zielonym ortalionem.
Może z podobnym sentymentem moi rodzice patrzą na klasyki pokazujące prozę życia PRL, tylko że o czasach państwówki i mięsa na kartki kręcić i pisać było łatwiej - temat sam się bronił, anegdoty same wymyślały.
Czasy dzieciństwa i dojrzewania dzisiejszych trzydziestolatków to - umówmy się - trochę nuda.
Bywały lokalne dramaty, ale generalizując to życie sprowadzało się do tego, że starzy harowali, żeby się dorobić a dzieci poszukiwały swojej tożsamości gdzieś pomiędzy poczciwym Misiem Uszatkiem a reklamą mentosów po dobranocce.
"zepsuta warszawka" - burzy się hejterstwo - "nowobogaccy, oderwani od rzeczywistości frajerzy". Trochę tak, ale tym bardziej Skoniecznemu - obnażającemu stołeczne przywary - powinni przybijać piątkę. W Hardkor Disko i w innych swoich projektach maluje obrazy obrazem, słowa są tylko dodatkiem - groteska miesza się z realizmem.
Wychodzisz z kina z niedosytem, ochotą na więcej, refleksją na dłużej.
