Kiedy coś się zaczyna, to pewnego dnia się skończy. I choć dziś trudno wyobrazić sobie Manchester United bez sir Alexa Fergusona, to na pewno nadejdzie taki dzień, w którym obie strony powiedzą sobie ''Dziękuje, do widzenia''. Ponad dwa tygodnie temu podobna sytuacja miała miejsce w Gdyni. Nie chcę nazywać Tomasa Pacesasa litewskim Fergusonem, jednak dziewięć lat spędzonych w Trójmieście, to rachunek wielu sukcesów, a przede wszystkim ośmiu tytułów mistrza Polski.

REKLAMA
O dymisji byłego trenera Asseco Prokom napisano już bardzo wiele. Wszystko dogłębnie starałem się przeczytać, włącznie z popularnym Forum Basketa. Sam jednak wolałem się wstrzymać z jakimkolwiek komentarzem. Wcześniej wolałem porozmawiać z samym zainteresowanym i cieszę, że mi się udało.
- Co Tomas, wakacje, prawda? - zapytałem na samym początku. Po dłuższej chwili, z lekkim westchnieniem odpowiedział.
- No, tak...
Nie pamiętam kiedy po raz pierwszy dotarły do mnie informacje, że Pacesas jeszcze w tym sezonie opuści Asseco Prokom - naprawdę. Pamiętam, że coraz więcej zapytań, a także informacji w tej sprawie, pojawiło się przed Świętami Bożego Narodzenia. Jedyne co mnie w tym wszystkim dziwiło, to fakt, iż właśnie sam Tomas miałby podać się do dymisji. To wszystko nie pasowało mi do jego charakteru. Tak po prostu przerwać passę zdobywania rok po roku mistrzowskich tytułów? Nie, to nie w stylu Tomasa, pomyślałem.
Osoba Pacesasa nie jest mi obojętna i prawdopodobnie nigdy nie będzie. Wszystko przez to, że gdy uczyłem się oglądać koszykówkę - nie jest to wcale takie proste - to przeważnie Tomas był jednym z tych zawodników, o których komentator - w tym przypadku Wojciech Michałowicz - najczęściej wspominał. Druga sprawa, to gdy pierwszy raz wybrałem się do słupskiej hali Gryfia by obejrzeć koszykarski mecz, jako pierwszego koszykarza zobaczyłem właśnie Litwina. Pacesas zapadł mi w pamięci również przy sytuacji, gdy niesamowicie zganił (jako zawodnik oczywiście) Mariusza Bacika i ten, mimo że był wyższy o kilkanaście centymetrów, z politowaniem wysłuchiwał nagany od swojego rozgrywającego.
Wielkiego talentu koszykarskiego nigdy nie miał. Wszystko co osiągnął jako zawodnik, zawdzięcza tylko ciężkiej pracy na treningach. Ponad rok temu miałem okazję poznać pewnego Litwina, który wychował się z Tomasem w tym samym mieście i razem grali w koszykówkę. Rywalizowali ze sobą - jak on to powiedział - pewnie z 2 tysiące razy. O Tomasie opowiedział pewną ciekawą historię.
- Zawsze graliśmy o coś. Czy to o cole, czy to o coś podobnego. Gdy zdarzyło się, że udało mi się wygrać, Tomas podwajał stawkę. Jeżeli znów przegrał, po raz kolejny chciał się odegrać i wyjść na ''zero''. Nigdy się nie poddawał - wspomina znajomy byłego trenera mistrzów Polski.
- Pamiętam też, że gdy graliśmy już profesjonalnie, kiedy zbliżał się koniec sezonu w szatni zawsze przebijaliśmy się kto dalej wyjeżdża, kto będzie miał lepiej. Padały różne hasła - Hiszpania, Włochy, Chorwacja, Grecja... Wszyscy się licytowali tylko nie Tomas. Dlaczego? Bo on nigdzie nie wyjeżdżał, tylko zostawał w domu i ciągle trenował. Jestem pewien, że gdyby wszyscy litewscy koszykarze mieli takie charaktery jak Tomas, to Litwa byłaby potęgą koszykarską, a nie Stany Zjednoczone - dodaje.
Gdy przytoczyłem owe historie Tomasowi w swoim stylu odpowiedział...
- To niemożliwe, ja nigdy nie przegrywałem - odpowiedział, po czym sam zaczął się śmiać.
Od 11 lat nieprzerwanie jako zawodnik, a następnie jako trener, kolejno zdobywał tytuły mistrzowskie. W 2001 roku z Uralem-Great Perm, w 2002 z Śląskiem Wrocław, w 2003 roku z Anwilem Włocławek, a wszystkie następne z Prokomem Treflem Sopot, a po zmianie nazwy w 2008 roku z Asseco Prokomem Gdynia. Nie wiem, czy w Europie ktoś może się pochwalić podobnym osiągnięciem.
Gdy już został trenerem przykleiła się do niego łatka furiata, który nie umie panować nad własnymi emocjami. On zawsze temu zaprzeczał, a gdy robiłem z nim wywiad mniej więcej rok temu, to pierwsze pytanie jakie zadałem brzmiało.
- Czy będzie Pan podczas tego wywiadu krzyczał, tak samo jak na swoich zawodników?
Mimo salwy śmiechu z jego strony, przy późniejszej autoryzacji pytanie zostało nieco przez niego zmienione, ale dziś mogę powiedzieć, jak było.
- Wiesz, kiedy patrze na Zejliko Obradovicia i na to co on robi wobec swoich zawodników w Panathinaikosie Ateny, to wtedy jest mi ich szkoda. Ja czasem coś krzyknę, czasem coś machnę, bywa - odpowiedział na moje pierwsze pytanie.
Pamiętam, że z rozmowy, która ustawiona ''z góry'' miała trwać 10 minut, zrobiło się 60 minut długiej, ciekawej dyskusji. Przy całej mojej sympatii do Pacesasa, żałuję, że spora grupa kibiców polskiej koszykówki, nigdy nie miała okazji porozmawiać z Litwinem przy głupiej kawie. Zaręczam, że obraz wykreowany przez kamerę telewizyjną, zamazuje wiele. Owszem, po części jest temu winien sam Tomas.
Jednak gdy poczyta się jego zeszłorocznego bloga dla ligi VTB, gdzie analizował rywali, opisywał ciekawostki taktyczne, to osobiście przecierałem oczy ze zdumienia. Podczas zeszłorocznych mistrzostw Europy na Litwie, Tomas był komentatorem oraz głównym ekspertem telewizyjnym. Do dziś trzymam sms'a od kolegi z Litwy, który napisał ''żałuj, że nie znasz litewskiego''. Tomas według widzów był najlepszym ekspertem ''ever''.
Tak jak przypuszczałem, po odejściu z Asseco Prokomu wakacje miał krótkie, ba praktycznie w ogóle ich nie miał, ale to taki właśnie typ. Niedawno został dyrektorem wykonawczym ligi VTB. Dziś jest w Rosji, jutro na Łotwie, za chwilę znowu gdzieś indziej. Choć, jeśli mam być szczery, to według mnie, długo nie będzie panem dyrektorem z teczką. Szybko wróci na ławkę rezerwowych, jako ''Szeryf''.
Dwa dni po jego dymisji, spotkaliśmy się w Gdyni i długo rozmawialiśmy. To co mnie zaintrygowało, jestem zobligowany zacytować.
- Tomas, czy nie jest Ci żal, że odchodzisz? - zapytałem.
Bo dość długiej ciszy, odpowiedział...
- ... A co tam słychać w Słupsku?
Pozdrawiam,
Paweł