Najlepiej byłoby rozpocząć pisanie tego bloga od radosnej informacji i dalej w takim tonie utrzymywać kolejne wpisy. Takie właśnie mieliśmy nastawienie przed minionym weekendem – pojechać na Halowe Mistrzostwa Świata do Turcji w lekkiej atletyce, wywalczyć medal i potem podzielić się tym szczęściem z czytelnikami NaTemat.pl.

REKLAMA
Sport jednak nie jest tylko niekończącą się chwilą szczęścia. Jest przede wszystkim nieprzewidywalny i bolesny, szczególnie dla samych sportowców. To koktajl emocji, to droga wyrzeczeń, uniesień i upadków. Walka z codziennością, słabościami. I o tym właśnie chcemy pisać, bez ściemy, tylko prawdziwe emocje, szczere zdanie… na temat!
Skoro więc mówimy o prawdziwych emocjach, to przyszedł czas, że musimy to z siebie wyrzucić: cholera jasna, jak to się mogło stać! A było tak pięknie, halowy sezon dobrze rozpoczęty: rekord Polski na 1500m, rekord życiowy na 800. Gaz aż kipiał, a nogi swędziały niecierpliwie czekając ścigania na finiszu z rywalami. Jest dobrze? Więc decyzja może być tylko jedna – jedziemy na HMŚ…
Eliminacje były rundą rozpoznawczą, ale tak naprawdę nikt nie chciał się odkrywać. Przyjęliśmy więc taktykę nie pokazywania umiejętności, a utrudnienia biegania innym. Nie dać się wyprzedzić rywalowi, szybka kontra, przyspieszenie. Tak było kilka razy, co chwilę inny zawodnik próbował sił. Bez problemów i z dużym zapasem energii udało się awansować.
Półfinał świetnie przebiegał tylko do połowy dystansu. Potem stało się to, co widzieli w telewizji wszyscy kibice, o czym informowały później wszystkie serwisy sportowe. Przewrotka po starciu z kenijskim faworytem Boazem Lalangiem (który notabene również nie wszedł do finału) odbiera nam wszelkie nadzieje na walkę o medal. Można w tym miejscu dywagować, czynić przypuszczenia - czyja to była wina i co powinno się zrobić, aby tego uniknąć.
Potem pojawiło się pytanie: dlaczego my? Przecież była forma, świetne nastawienie, zdrowie dopisywało. Przegrać z rywalami – ok, ale przegrać przez coś takiego? Co nam jednak da takie rozpamiętywanie? Nic! Medalu nie ma, jest zawód, rozczarowanie, złość. Ale to pozytywna złość. Złość walczaka, ambitnego sportowca, który wie po co trenuje.
Bo bez względu na ostateczny wynik zawodów w hali, nasz plan był i jest ciągle ten sam: dalej robić swoje w drodze do Igrzysk Olimpijskich, które już za kilka miesięcy. Nikt nie mówił, że będzie lekko, łatwo i przyjemnie. I tak jak w tytule – co nas nie zabije, to wzmocni. Bo jesteśmy przygotowani na niepowodzenia i upadki, chcemy przekuwać je na późniejsze sukcesy.
Sezon halowy zakończony. Wstajemy i z turbodoładowaniem biegniemy przed siebie… Cel jest jeden – Londyn 2012. Do następnego wpisu :)