Piotr Wilczewski stoczy jutro najważniejszą walkę w karierze. Na ringu w Kilonii stanie na przeciw Arthura Abrahama, byłego mistrza świata IBF wagi średniej. Ewentualna wygrana nad „Królem Arturem” może otworzyć „Wilkowi” drzwi do pojedynków z najlepszymi w kategorii super średniej.

REKLAMA
Abraham do niedawna uważany był za czołowego zawodnika wagi średniej. Naturalizowany Niemiec na potrzeby turnieju „Super Six” postanowił przejść kategorię wyżej . Jak się potem okazało nie była to dla niego dobra decyzja. Pochodzący z Armenii pięściarz przegrał trzy z czterech walk w „Super Six”. Abraham okazał się bezradny w starciach z takimi pięściarzami jak Andre Ward, Carl Froch, czy Andre Direll. Wydaje się, że po tych porażkach nie jest już tym samym zawodnikiem, który święcił triumfy w kategorii średniej.
Jeszcze dwa lata temu Arthur byłby zdecydowanym faworytem w pojedynku z Piotrem. Jednak po serii porażek Abraham zdaje się być na równi pochyłej swojej bokserskiej kariery. Przemawia za nim na pewno dużo większe doświadczenie, szczelna obrona, a także nokautujący cios. Niemiec jest niebezpieczny do samego końca walki. Przekonał się o tym m.in. Jermain Taylor, który przegrał z nim przez nokaut na sześć sekund przed końcem pojedynku. Wilczewski musi mieć oczy dookoła głowy przez pełne 12 rund. Chwila nieuwagi może być dla niego tragiczna w skutkach.
Największym sukcesem „Wilka” było zdobycie pasa mistrza Europy wagi super średniej w marcu ub. roku. Pokonał wówczas dość nieoczekiwanie Amina Asikainena. W pierwszej obronie pasa przyszło mu się zmierzyć z jednym z najbardziej obiecujących zawodników w limicie do 168 funtów. Mowa tu o Jamesie DeGale’u, mistrzu olimpijskim z Pekinu. Polak przegrał dwa do remisu. Pokazał się jednak z bardzo dobrej strony. Można odnieść wrażenie, że mobilizują go walki z dużymi nazwiskami. Do takich starć jest bardzo dobrze przygotowany zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Miejmy nadzieję, że podobnie będzie w sobotę.
Piotr nie posiada nokautującego ciosu. Jedyną opcją na zwycięstwo jest więc wygrana na punkty. W Niemczech nie będzie to na pewno spacerek. Wilczewski musi całkowicie zdominować rywala. Musi być aktywniejszy, zadawać więcej ciosów, być skuteczniejszy, a przy tym pilnować się, by „Król Artur” nie ustrzelił go kończąc walkę przed czasem. Trudne zadanie, ale nie niewykonalne. Udowodnili to pogromcy Arthura z turnieju „Super Six”. Trudno tu porównywać zawodnika z Dzierżoniowa choćby do Andre Warda, ale „Wilk” to solidny rzemieślnik, którego na pewno stać, by pokonać nieco zardzewiałego już Abrahama.
Wygrana Polaka nad tak rutynowanym rywalem może otworzyć mu drogę do walk z czołowymi zawodnikami wagi super średniej w Europie. Myślę tu o Robercie Stieglitzu, Mikkelu Kesslerze, czy Brianie McGee. Dopiero po wygranych nad pięściarzami takiego pokroju będzie można myśleć o starciach z Carlem Frochem, Lucianem Bute, Andre Direllem, czy Andre Wardem. Tak więc do pojedynków ze ścisłą światową czołówką jeszcze daleka droga, a z racji wieku blisko 34-letni Wilczewski tego czasu nie ma zbyt wiele.
Porażka dla Abrahama może oznaczać dla niego zakończenie kariery. W jednym z wywiadów mówił o tym jego promotor, Kalle Sauerland. Jak powiedział w takim przypadku sam będzie go do tego namawiał. Miejmy nadzieję, ze Piotr zrobi wszystko, by w sobotę okazał się lepszym bokserem i tym samym sprawił, że rozmowa Kalle z Arthurem stała się faktem. Nie chodzi o to, że źle życzę Niemcowi, ale ewentualna porażka, czwarta w tak krótkim czasie faktycznie powinna skłonić go do głębszej refleksji. No, ale najpierw Wilczewski musi to wygrać. A łatwo nie będzie.
Podczas tej samej gali zaprezentuje się kolejny z Polaków, Mateusz Masternak, który stoczy swoją drugą walkę pod skrzydłami grupy Sauerland. Przeciwnikiem „Mastera” będzie Felipe Romero. Pojedynki obu pięściarzy znad Wisły będzie można obejrzeć w Polsacie Sport. Początek relacji na żywo, jutro o godz. 18.