Są takie osoby i wydarzenia, które zostają w pamięci. Nawet, gdy osób już tych nie ma wśród nas pamiętamy o nich i zawsze ciepło myślimy. Dziś pomyślałam o panie Irenie Sendlerowej, osobie, która w czarnych latach okupacji nie zawahała się ryzykować własnym życiem, by pomóc tym, którzy tej pomocy naprawdę bardzo potrzebowali, tym, którzy byli najbardziej zagrożeni przez Niemców, realizujących swój obłąkańczy plan tworzenia jednolitego rasowo społeczeństwa.
REKLAMA
Chodzi mi oczywiście o Żydów. W Polsce zamieszkiwali setki lat, część z nich się zasymilowała, mówiło się nawet o Polakach wyznania mojżeszowego. Przed wojną żyli razem z nami. Część niestety jednak obok nas. Różne było to nasze społeczeństwo, tak jak i dziś, co dwóch Polaków, to trzy zdania. Zdarzało się, że byliśmy antysemitami, pamiętamy przecież z lekcji historii choćby getto ławkowe na wyższych uczelniach, czy choćby pogrom w Jedwabnem. Niejednokrotnie wychodziła z nas małość, ale z drugiej strony potrafiliśmy się wznieść na szczyty bohaterstwa, nie bohaterszczyzny bynajmniej. To właśnie takie osoby jak Irena Sendlerowa przywracają mi wiarę w człowieczeństwo i w to, że nie cali byliśmy zepsuci. Choć pisał Miłosz w wierszu Campo di Fiori:
Wspomniałem Campo di Fiori
W Warszawie przy karuzeli,
W pogodny wieczór wiosenny,
Przy dźwiękach skocznej muzyki.
Salwy za murem getta
Głuszyła skoczna melodia
I wzlatywały pary
Wysoko w pogodne niebo.
Ale wracam do Pani Ireny Sendlerowej, bo to o niej chciałam napisać. Ta niesamowita kobieta, przez wiele lat zupełnie nieznana, w czasie II wojny światowej uratowała życie 2,5 tys. żydowskich dzieci. Jednak już na długo przed wybuchem powstania zaczęła pomagać Żydom. Zresztą, nie tylko ona jedna. Gdyby nie myślano o zorganizowanej pomocy nie powstałaby „Żegota”, Rada Pomocy Żydom. Sendlerowa została szefową wydziału dziecięcego. Jako pracownik ośrodka pomocy społecznej miała przepustkę do getta, gdzie nosiła Gwiazdę Dawida, jako znak solidarności z Żydami oraz jako sposób na ukrycie się pośród społeczności getta. Współpracowała z polską organizacją pomocową działającą pod niemieckim nadzorem i zorganizowała przemycanie dzieci żydowskich z getta, umieszczając je w przybranych rodzinach, domach dziecka i u sióstr katolickich w Warszawie. A pomyślmy tylko i wyobraźmy sobie, że aby uratować jedno dziecko potrzebne było zaangażowanie, co najmniej 10 osób. Niektóre wywożone z getta dzieci usypiała lekami, by wyglądały na martwe – dzięki temu były wywożone w workach, jako ofiary tyfusu. Innym kazała się zwijać w kłębek i pakować się do walizek. Albo układała je w skrzyniach i przykrywała cegłami. A wyniesienie dziecka, to przecież daleko nie wszystko. Za murem takiemu dziecku trzeba było zorganizować nowe życie. I tym też zajmowała się pani Irena.
Irena Sendlerowa za swoją działalność została aresztowana w 1943, była torturowana i skazana na śmierć. Na szczęście „Żegocie” udało się przekupić strażników i ją uratowali. Po wojnie nie zaprzestała swojej działalności. Nadal zajmowała się dziećmi, tworzyła domy dla sierot, powołała Ośrodek Opieki nad Matką i Dzieckiem – instytucję pomocy rodzinom bezrobotnym.
Dlaczego piszę dziś i myślę o Irenie Sendlerowej? Z tego powodu, że wczoraj Członkowie Kapituły przyznali medale „Dla ludzi czyniących dobro” w ramach Międzynarodowego Zjazdu Szkół Sendlerowskich. Ta nagroda honoruje ludzi, którzy działają w duchu tolerancji i szacunku dla drugiego człowieka, ludziom, szczególnie zaangażowanym w działalność na rzecz potrzebującym.
Wspomniałem Campo di Fiori
W Warszawie przy karuzeli,
W pogodny wieczór wiosenny,
Przy dźwiękach skocznej muzyki.
Salwy za murem getta
Głuszyła skoczna melodia
I wzlatywały pary
Wysoko w pogodne niebo.
Ale wracam do Pani Ireny Sendlerowej, bo to o niej chciałam napisać. Ta niesamowita kobieta, przez wiele lat zupełnie nieznana, w czasie II wojny światowej uratowała życie 2,5 tys. żydowskich dzieci. Jednak już na długo przed wybuchem powstania zaczęła pomagać Żydom. Zresztą, nie tylko ona jedna. Gdyby nie myślano o zorganizowanej pomocy nie powstałaby „Żegota”, Rada Pomocy Żydom. Sendlerowa została szefową wydziału dziecięcego. Jako pracownik ośrodka pomocy społecznej miała przepustkę do getta, gdzie nosiła Gwiazdę Dawida, jako znak solidarności z Żydami oraz jako sposób na ukrycie się pośród społeczności getta. Współpracowała z polską organizacją pomocową działającą pod niemieckim nadzorem i zorganizowała przemycanie dzieci żydowskich z getta, umieszczając je w przybranych rodzinach, domach dziecka i u sióstr katolickich w Warszawie. A pomyślmy tylko i wyobraźmy sobie, że aby uratować jedno dziecko potrzebne było zaangażowanie, co najmniej 10 osób. Niektóre wywożone z getta dzieci usypiała lekami, by wyglądały na martwe – dzięki temu były wywożone w workach, jako ofiary tyfusu. Innym kazała się zwijać w kłębek i pakować się do walizek. Albo układała je w skrzyniach i przykrywała cegłami. A wyniesienie dziecka, to przecież daleko nie wszystko. Za murem takiemu dziecku trzeba było zorganizować nowe życie. I tym też zajmowała się pani Irena.
Irena Sendlerowa za swoją działalność została aresztowana w 1943, była torturowana i skazana na śmierć. Na szczęście „Żegocie” udało się przekupić strażników i ją uratowali. Po wojnie nie zaprzestała swojej działalności. Nadal zajmowała się dziećmi, tworzyła domy dla sierot, powołała Ośrodek Opieki nad Matką i Dzieckiem – instytucję pomocy rodzinom bezrobotnym.
Dlaczego piszę dziś i myślę o Irenie Sendlerowej? Z tego powodu, że wczoraj Członkowie Kapituły przyznali medale „Dla ludzi czyniących dobro” w ramach Międzynarodowego Zjazdu Szkół Sendlerowskich. Ta nagroda honoruje ludzi, którzy działają w duchu tolerancji i szacunku dla drugiego człowieka, ludziom, szczególnie zaangażowanym w działalność na rzecz potrzebującym.
