Na bilety trafiły rysunki Janka Kozy. Tym razem afery nie będzie, ale akcja znów budzi wątpliwości.

REKLAMA
Bilety z kibicami piłkarskimi, które wywołały protesty, wycofano i zastąpiono innymi. Znalazły się na nich rysunki Janka Kozy. Tym razem bilety miały pokazać sztukę. Nic więcej. Pomysł wydaje się dobry. Realizja i efekt już niekoniecznie.
Bilety nie są najlepszym miejscem do edukacji artystycznej. To, czego nie zakorzenił system edykacyjny przez lata nauk w różnych szkołach, nie zostanie zaszczepione przez chwilowy kontakt w kiosku i przy kasowniku. Na małym skrawku papieru dodatkowo niewiele widać. Taki pomysł mógłby być dobry, gdyby był cykliczną akcją, która pokazywałaby przekrojowo sztukę. Tak, od bitwy po Grunwaldem po Kozę. Tylko w takim kontekście – polskiej sztuki właśnie – można by pokazać sztukę i poprzez postawienie w jednym rzędzie tego, co za sztukę powszechnie uchodzi, z tym, co nie ma takiego statusu, a sztuką jest, stworzyć szansę na edukację artystyczną.
Oczywiście, akcja miała pokazywać sztukę. Wystarczyło ją zatem pokazać. I w zamyśle pomysłodawców tak się stało. Tylko że kampania znów była skierowana do przeciętnego dobiorcy, a nie do bywalca galerii sztuki. Janek Koza jest jednak rozpoznawalnym twórcą. Jego kreska jest bardzo charakterystyczna. To sprawia, że miał większe szanse zapaść komuś w pamięć. Komuś, kto ma telefon w Heyah, kto przygląda "Przekrój" i ma pocztę na wp.pl. To wszystko prawda. Pytanie się jednak nie zmiania i ciągle brzmi: jaki ma być tego efekt i do kogo jest to kierowane?
Wystawy w galeriach mają kuratorskie opisy, które są formą przewodnika po zaprezentowanych pracach. Mówią, co autor miał na myśli, albo jak można patrzeć na jego prace, jaki był ich kontekst powstania. W przypadku biletów nie ma mowy o czymś takim. A jeśli robić akcję, ktora ma coś prezentować i promować, to chyba trzeba to zrobić skutecznie, a tylko dla samego zrobienia – prawda?
Prace Kozy też nie należą do najpszystępniejszych graficznie. Dodatkowo na biletach znalazły się rysunki, na których tekst mówi co innego niż grafika. Tekst jest pozytywnym przekazem, rysunek każe jednak nie wierzyć mu i pokazuje, że jest zupełnie inaczej. I chociaż bardzo podoba mi się ten przekąs, to odarcie ze złudzień, wytknięcie palcem, to uważam, że akcja nie zostanie zrozumiana i co najwyżej wywoła wzruszenie rąk z komentarzem typu "e, głupoty". Cała para w gwizdek. Różnica między komercyjnymi kampaniami Kozy a tymi biletami jest taka, że przekaz i jego kontekst tych pierwszych były czytelniejsze, a stylistyka nie musiała być problemem dla docelowego dobiorcy (młodych ludzi przeglądających kwejka i rage comics (te koszmary me gusta itd.). Tu tego zabrałko. Są bilety z obrazkiem, o których nikt będzie pamiętał. A szkoda.
Do trzech razy sztuka?