Wzięła się Polska i nam zmieniła. Gospodarczo, politycznie, kulturowo, światopoglądowo. Po wsiach i w miastach, na bazarach, w butikach, na dworcach i w kawiarniach. Wszędzie widać te zmiany, na lepsze lub inne. Proces jest jednak tak zawrotnie szybki, że poszczególne jego etapy nie mają często szansy dojrzeć a już są zastępowane kolejnymi, dzieci rodzą dzieci. Młody prekursor trendu będzie jutro w gronie wielu podobnych sobie osób a pojutrze będzie popchnięty dalej, ku bardziej radykalnym pomysłom. Z drugiej strony jego koledze z klatki, który nie ma w sobie ducha odkrywcy i woli czekać na ogólnie akceptowane, sprawdzone rozwiązania, dzień pierwszy, drugi i trzeci nie przyniosą żadnych zmian. Dopiero po jakimś czasie nasz leniwy wielbiciel seriali kryminalnych i pierogów z Biedronki podąży za prekursorem, oczywiście bezwiednie, nakarmiony, złowiony. Ta różnica tempa między najszybszymi i najwolniejszymi powoduje w Polsce ciekawe zjawisko pogłębiających się kontrastów i równoległych trendów.

REKLAMA
Tyle tytułem wstępu, przechodzę do meritum. Sytuacja na rynku alkoholi była pod koniec lat osiemdziesiątych relatywnie prosta. Wszyscy pili mniej więcej to samo, chyba, że byli bardzo bogaci (czyli równiejsi). Potem wyrwaliśmy murom zęby krat i nagle się okazało, że smakuje nam nie tylko parszywa wóda. Piwo z gargantuicznych browarów polało się szeroką rzeką przy pomocy zastrzyków finansowych od światowych koncernów. Parasolki Żyskiego wieńczące ogródki piwne stały się tak powszechnym elementem naszej przestrzeni miejskiej jak wróble czy Maluchy i nagle latem szyku można było zadać już tylko sącząc te pomyje z sokiem przez słomkę. Oczywiście wtedy nikt za pomyje tego nie uważał. Przeciwnie! Wraz z kolegami z liceum głosiliśmy, że polskie piwo to szczyt browarniczego rzemiosła, dysonans poznawczy zakrapianej wycieczki do czeskiej Pragi, swoiste ziarno niepewności, zbywając w większości młodzieńczo zacietrzewionym milczeniem. Ziarno trafiło jednak na grunt podatny i spragniony. Wkrótce był już wykręcający nastoletnią mordę Red Label i uderzający do głowy Koźlak – nieznane wcześniej smaki i aromaty serwowane w nabożnym skupieniu i analizowane do znudzenia. Ktoś skądś zdobył pszeniczne z Niemiec, ktoś inny utoczył bogatemu wujowi z barku pół miarki Glenfiddich'a. To były czasy! Gwałtowny wzrost popularności Ciechana obserwowałem już jako człowiek dorosły i mocno skupiony na smaku. A potem były już dobre delikatesy i szybkie wybieranie różnicy między nami a resztą Europy. Teraz niebieski Chimay dzieli półkę z Żubrem w puszce a butelka piętnastoletniej Balvenie z pojedynczej beczki pobrzękuje wesoło ramę w ramię z Parkową.
I tak oto kiedy niektórzy odkrywają właśnie wątpliwe zalety piwa z metra, innym szkoda zdrowia, szukają nieco godniejszych, choć wciąż patriotycznych, alternatyw. Tych znowu nie rozumieją jeszcze inni, którzy patrzeć już nie mogą na kwaśne i cienkie pszeniczne krajowej produkcji czy serwowane w białych rękawiczkach, zasłodzone w obliwion miodowe wypociny miejskiego minibrowaru. Oni szukają rarytasów z Belgii czy Bawarii lub warzą sami. Podobnie jest po dopisaniu zera do zawartości alkoholu. Jedni mlaszczą aż echo niesie na myśl o smakowej wódce z Finlandii a inni tylko kręcą głową i idą polować w Auchanie na Ardbega. No i oczywiście koktajle! Podczas gdy jedni uważają za koktajl wódkę z colą i cytrynką (!), inni wycierają o spodnie spocone dłonie gdy różowego drinka z palemką przyrządza pan w szelkach który umie żonglować butelkami Wyborowej. Tych z kolei wyśmiewają bezlitośnie wyznawcy prawdziwej miksologii, łypiąc jednocześnie tęsknym okiem na renesans starzonych Manhattanów i modę na speakeasy szalejącą na Zachodzie.
Przykłady można by mnożyć ale najważniejszą moją myślą na dziś jest to, że nikt już w Polsce nie stoi w miejscu a lata kiedy wszyscy chlali to samo już nie wrócą. I nie jest to w żadnym razie niezwykłe, proces ten można zaobserwować na całym świecie i koncerny alkoholowe wydają abstrakcyjne sumy na to, żeby ten przeskakujący do wyższego segmentu właśnie z ich markami swoją nową pozycję kojarzył. Tyle, że w Polsce bijemy chyba jakiś rekord prędkości tych zmian, żebrak staje się królem a żul koneserem szkockiej słodówki ot tak, przez pstryknięcie palcami. Ta dynamika czyni polski rynek jednym z najciekawszych na świecie, polskiego konsumenta jednym z najbardziej mobilnych a moje zadanie blogowania o alkoholu – trudnym.
Będę od dziś na łamach NaTemat.pl publikował swoje opinie i przemyślenia związane z tym, w czym spożywczy etanol. Będą praktyczne porady konsumenckie, będzie obserwacja trendów, no i nieodzowny aspekt piknikowo-filozoficzny.