Mój poprzedni wpis pt. „Kiełbasa z grilla i piwo z puszki to śmieci” spotkał się ze ścianą ostrej krytyki. Trochę w ramach odpowiedzi parę słów o tym, dlaczego whisky single malt to wcale nie lans i nie pije się jej z odgiętym palcem. Poruszam też temat syropów z Herbapolu, zgniłych rekinów i rosyjskich oligarchów.

REKLAMA
Jakieś pięć lat temu jako student pracowałem w knajpie z whisky w Edynburgu. Miałem za barem ścianę ponad trzystu różnych łyskaczy, miejsce było nie z tej ziemi, bardzo lubiłem tę robotę. Pewnego dnia siada za barem czterech Rosjan. Pytają się jaka jest najdroższa whisky jaką mam. W tamtym czasie był to trzydziestoletni Laphroaig, kosztował, pamiętam jak dziś, £23.95 czyli ponad 100zł za małą miarkę (25ml). Klienci zamówili pieć podwójnych, lekko mnie to zdziwiło. Zapytani wyjaśnili, że piąta jest dla mnie w ramach napiwku. Zbliżał się czas zamknięcia więc wyciąłem hołubca z radości i pięknie podziękowałem - nigdy wcześniej nie miałem okazji spróbować tej legendarnej wersji Laphroaiga. Nalałem pięć kieliszków, przygotowałem dzbanuszek z wodą i zaparzyłem każdemu espresso do wypłukania ust przed degustacją. Przyciemniłem światło i ustawiłem to wszystko z namaszczeniem na barze. Moi klienci pochwycili kieliszki, zadzwoniło szkło, padło gromkie „na zdarowie” i zanim się obejrzałem whisky już nie było, została wlana do gardeł jak tania wóda. Trud słodowania ziarna, suszenia go nad torfem, żmudnej destylacji i doboru drewna plus trzydzieści lat leżakowania posłużyło jednemu celowi – lansowi. Najdroższa whisky w dobrym specjalistycznym barze w stolicy Szkocji daje premię +8 to reputacji i zwiększa maksymalną liczbę punktów testosteronu o 25%. Ma jednak skutki uboczne, przez sześć tur włosy na klacie rosną trzy razy szybciej.
Tak więc wychodzi, że single malt to lans i pozerstwo. No chyba, że nie i nie.
Pozować można wszystkim, od ołówka po odrzutowiec, to zależy tylko od sytuacji. Poznani przeze mnie zamożni Rosjanie zaszpanowali akurat whisky. Ale ludzi którzy wiedzą co to single malt i piją go dla smaku i aromatu jest więcej. Zwłaszcza w Polsce! W kraju to nadal produkt bardzo niszowy i jako taki skierowany do koneserów. W Polsce whisky zaświecić w oczy trudno bo mało kto się zna, żeby docenić. Lepiej zamówić koniak, przynajmniej podadzą w fajnym szkle, albo jeszcze lepiej drinka z palemką, może barman umie żonglować butelkami? Fanatycy dobrej szkockiej w Polsce pochodzą z miast lub wsi, pracują w białych kołnierzykach lub niebieskich, jeżdżą piętnastoletnim lub nowym samochodem. Łączy ich pasja do smaku i aromatu, sedno i kwintesencja słodowej whisky.
Słodówka zaczyna się jako smaczny i bogaty destylat, starzy się ją przy użyciu wysokiej jakości beczek. Dojrzewa najlepiej tam, gdzie chłodno i wilgotno. Beczka nie oddaje wtedy za dużo tanin a destylat ma szansę rozwinąć swój własny smak zanim zostanie zdominowany przez drewno. Cały powolny proces produkcji jest nastawiony na intensywność i balans smaku i aromatu. Jest to moim zdaniem najbardziej wyrazisty napój alkoholowy na świecie, żadne wino, piwo, brandy czy rum nie może się z nim równać pod względem głębi charakteru. Powiem więcej. Z wyjątkiem chyba tylko tych sfermentowanych rekinów z Islandii nie przychodzi mi do głowy nic, co człowiek może bezpiecznie spożyć a co daje kubkom smakowym większego kopa. I to właśnie dlatego ludzie są skłonni wydać na butelkę doskonałej whisky sporo pieniędzy. Dobra słodówka jest jak syrop do rozcieńczania – ma w sobie tyle smaku, że nie trzeba jej wiele, żeby sobie dogodzić.
I tak oto punkt widzenia znów zależy od punktu siedzenia. Ale whisky w moim rozumieniu, ta do której poznawania zachęcam dziś tak samo jak pięć lat temu, pomimo ceny ma z lansem wspólnego tyle, co syrop malinowy z Herbapolu. Czyli nic.