Gdzieś, kiedyś obiecywałem, że na blogu będą też wywiady i słowa dotrzymuję. Oto pierwszy z nich: Marcin Rosłoń.

REKLAMA
Śląsk zdobył mistrzostwo w ostatniej kolejce, w dramatycznych okolicznościach. Ta walka trwała właściwie do ostatniej minuty. Wydaje się Panu, że to najsłabszy mistrz w ostatnich latach?
Myślę, że trzeba spojrzeć na to, co się działo w tej lidze w ciągu całego sezonu. Śląsk bardzo dobrze grał jesienią – była to bezdyskusyjnie najlepsza drużyna w tamtym czasie, ale pogubiła się na początku rundy wiosennej i stąd te nerwy na koniec sezonu.
Właściwie po pierwszej wiosennej kolejce, kiedy Legia przegrała z Górnikiem w Zabrzu 2:0, a wrocławianie zremisowali z Ruchem, ich przewaga wzrosła do pięciu punktów nad zespołem Macieja Skorży, to wydawało się, że tę ligę spokojnie wygrają. Kolejkę później wrocławianie grali z Legią na własnym stadionie i przegrali aż 0:4. Wszyscy mówią, że wtedy Legia rozegrała dobry mecz, a tak naprawdę było to spotkanie, które jej się wspaniale ułożyło. W przeciwieństwie do Śląska, który już po kwadransie przegrywał 0:2, później jeszcze czerwona kartka dla Pietrasiaka i tak to poszło, że skończyło się aż 0:4.
To na pewno nie był początek rundy, o jakim marzyli piłkarze Śląska. Od tego meczu zaczęły się schody. Ale to dotyczyło wszystkich drużyn, bo każda na potęgę gubiła punkty. Najlepsze wrażenie z drużyn walczących o tytuł zrobił na wiosnę Ruch Chorzów, ale to Śląsk zgromadził na koniec najwięcej punktów i on został mistrzem Polski.
Oczywiście, punktowo nie wygląda to najlepiej. Ja nawet sprawdziłem dla przypomnienia, ile punktów uzbierała Legia ze mną w składzie, kiedy wygrywaliśmy ligę w sezonie 2005/2006 – 66 punktów. To tak bez wstydu. To może nie jakiś potężny dorobek, ale na pewno przyzwoity.

Śląsk ma identyczne statystyki jak Wisła w poprzednim sezonie, z tą tylko różnicą, że ma odrobinę lepszy stosunek bramkowy. Wisła miała +5, a Śląsk +6. Nawet trener Lenczyk nazwał wiosnę w wykonaniu swojej drużyny koszmarem. Miał chyba trochę racji, prawda?
Pewnie, że tak. Ale ten koszmar przeżywała też Legia, przeżywał też do pewnego momentu Lech. Natomiast Śląsk Wrocław – cóż można o nim powiedzieć? Na pewno świetne stałe fragmenty gry. Na pewno na wyróżnienie zasługuje Sebastian Mila, który rozegrał bardzo dobry, równy sezon.
Trzeba też jednak zaznaczyć, że gdyby ten młody piłkarz Wisły, Łukasz Rojewski, trafił głową w piłkę w ostatnich sekundach meczu, to o mistrzostwie mogliby we Wrocławiu zapomnieć. I to nie byłoby jedyne spotkanie, w którym Śląsk traciłby punkty w końcówce. Takich meczów było kilka w tym sezonie, chociażby spotkanie Lechią czy Widzewem – od którego się zaczęło wszystko w tej maszynce Lenczyka sypać. Głównie przez te punkty stracone w końcówkach wrocławianie musieli się bić o mistrzostwo do ostatniej kolejki.
Ale daleki jestem od tego, żeby teraz narzekać, że mamy słabego mistrza, wymęczonego itd. Była wyrównana walka przez cały sezon i tak się to wszystko ułożyło, że mieliśmy bardzo ciekawą końcówkę sezonu, która zrekompensowała nam te dziesięć miesięcy – powiedzmy sobie szczerze – średniego sezonu.
Przed meczem Wisły ze Śląskiem sporo było komentarzy, że krakowianie się podłożą, że oddadzą Śląskowi mistrzostwo za darmo. Ale chyba z czystym sumieniem możemy powiedzieć, że nic takiego nie miało miejsca.
Jestem zwolennikiem odżegnywania się od wszelakich teorii spiskowych. Takich meczów było ostatnio kilka, a to Legia miała wygrać w przedostatniej kolejce z Jagiellonią, bo jej na niczym nie zależało, podobnie miało być w meczu z Widzewem, a w obu tych spotkaniach Legia straciła punkty.
Grałem w piłkę i wiem, jak to wszystko działa. Można wymyślić wiele historii, że ten piłkarz zna się z tym, a ten trener był już tu, był tam – i tak bez końca. Tak już całkiem po bandzie, to przecież Orest Lenczyk był trenerem Ruchu Chorzów, może miał sentyment do tego klubu i stanowił swego rodzaju piątą kolumnę we własnej drużynie? Szkoda czasu na snucie podobnych teorii.
Każdy ma do ugrania swoje i Wisła też walczyła o swoje w meczu ze Śląskiem. A że przegrała? Cóż, to pokazuje, w jakim miejscu jest ten klub. Wszyscy wiedzą, że w Krakowie szykują się spore zmiany, i piłkarze też chcieli się pokazać z jak najlepszej strony. Oni walczyli o swoje kontrakty, o swoją przyszłość.
Kilka razy, gdzieś między wierszami, przewinęła się w tej rozmowie Legia Warszawa. Czy uważa Pan, że jest to największy przegrany tego sezonu?
logo
archiwum własne
Jasne, że tak. Jak się jest tak długo liderem, ma się bagaż doświadczeń w Lidze Europy, a nie potrafi się dowieźć tego pierwszego miejsca do końca, to trudno kogoś innego nazwać największym przegranym. No, może poza Cracovią i ŁKS-em, bo tych drużyn w przyszłym sezonie w ekstraklasie nie będzie.
Legia rzutem na taśmę wskoczyła na podium, zajęła trzecie miejsce, ale to chyba nikogo przy Łazienkowskiej nie cieszy. No, ale jak wygrywa się dwa na dziewięć ostatnich meczów, to trudno jest wygrać ligę. Pretensje legioniści mogą mieć tylko do siebie.

Ostatnie mistrzostwo Polski Legia zdobyła jeszcze z Panem w składzie – to był sezon 2005/2006. Chyba troszkę za długo jak na klub z takimi ambicjami.
Zdecydowanie. Ja nie mam tendencji do przeceniania własnych dokonań, ale tak z każdym rokiem upływającym od tego mistrzostwa, które wtedy zdobyliśmy – rozegrałem praktycznie pełną rundę jesienną, wiosną grzałem ławę – to dostrzegam coraz większą wartość tego, co zrobiłem na boisku. Przecież po mnie było w tej Legii wielu, przynajmniej z założenia, lepszych piłkarzy, na pewno lepiej zarabiających, a ja wraz z kolegami to mistrzostwo zdobyłem. Ale sześć lat to zdecydowanie za długo jak na klub, który co rok jest wymieniany w gronie faworytów do końcowego triumfu.

Zostańmy jeszcze na chwilę w sezonie 2005/2006. Wtedy, tak już wspomnieliśmy, żeby wygrać ligę, trzeba było zdobyć 66 punktów. Teraz aż o dziesięć mniej. Poziom ligi aż tak drastycznie spadł?
Ja bym powiedział, że po prostu się wyrównał. Nawet w „Multilidze” było takie zestawienie tej pierwszej piątki z tamtego sezonu i obecnego i wyniki nie były jakieś przerażające. To wszystko wyglądało w miarę podobnie. [Wtedy do zajęcia trzeciego miejsca w lidze wystarczyło 49 punktów, teraz Legia uzbierała 53 – przyp. red.].
Miniony sezon był taki… średni. To dobre określenie. Bez jakichś fajerwerków, bez meczów, które zapamiętamy do końca życia. Miałbym problem z wytypowanie jakiegoś jednego spotkania, które szczególnie zapadło mi w pamięć i które będę długo wspominał.
Gdzieś chyba wszyscy zatracili taką chęć ładnej gry, o czym dobitnie świadczą słowa trenera Skorży, który stwierdził, że ważniejszy od stylu jest wynik. Chyba tylko Ruch był takim pozytywnym akcentem w tej lidze.
[b]
Ruch w ogóle zaskoczył chyba wszystkich. Niesamowitą pracę wykonuje tam trener Fornalik. Jak Pan myśli, chorzowianie dadzą sobie radę w europejskich pucharach?
Nie mam pojęcia. To takie trochę wróżenie z fusów. Pozostało nam jeszcze mnóstwo czasu do meczów pucharowych. Ten sezon kończy się wyjątkowo wcześnie, więc trudno tu cokolwiek powiedzieć. Życzę „Niebieskim”, żeby znalazł się sponsor, taki z prawdziwego zdarzenia, który wyłoży pieniądze na ten klub, by mógł normalnie, bez problemów funkcjonować.
Cały wywiad można przeczytać tu.