Wczoraj Chelsea wydała oficjalny komunikat, w którym poinformowała, że świeżo upieczony bohater „The Blues”, Didier Drogba, odchodzi z klubu. Wśród kibiców londyńskiego klubu ta informacja wywołała powszechny smutek. Pojawiło się mnóstwo komentarzy typu: Didi zostań!; Nie odchodź! I tak dalej. A przecież tak niewiele brakowało, a Ci sami ludzie zamiast obwoływać go królem, najchętniej zakazaliby mu wstępu na Stamford Bridge. Wystarczyłoby tylko...

REKLAMA
... żeby Lionel Messi, najskuteczniejszy w tym sezonie napastnik w Europie, wykorzystał rzut karny w meczu z Chelsea. Barcelona wyszłaby na prowadzenie 3:1 i raczej grająca w dziesiątkę drużyna prowadzona przez Roberto Di Matteo nie podniosłaby się już z kolan. Co ma do tego Drogba? Dużo. To on sfaulował w polu karnym Fabregasa i o mały włos nie zmarnował wysiłku swoich kolegów, którzy heroicznie bronili korzystnego wyniku.
Kilkanaście dni później.
Trzecia minuty dogrywki w Finale Ligi Mistrzów. Drogba w głupi sposób fauluje od tyłu w polu karnym Francka Ribery`ego. Do piłki podchodzi Robben, jeden z najlepszych skrzydłowych na świecie. Piłkarz, który na dziesięć rzutów karnych, pewnie osiem wykorzystuje. Tym razem się pomylił. Drogbie znów się upiekło.
Seria rzutów karnych. Do tego ostatniego, decydującego podchodzi Drogba. Bierze krótki rozbieg i trafia. Niebieska część stadionu szaleje. Drogba bohaterem. Wszyscy noszą go na rękach i gratulują zwycięstwa. Nikt już nie pamięta, że gdyby kilkanaście minut wcześniej, Robben (albo Messi na Camp Nou) trafił do siatki, to Didi byłby po drugiej strony barykady.
Wytykany palcami, zapomniany, niechciany.
Nie chodzi mi tutaj o to, żeby umniejszać zasługi – byłego już – napastnika Chelsea. Raczej chciałem pokazać jak cienka jest granica między sukcesem, a porażką. Jak szybko z absolutnego szczytu można spaść na dno i odwrotnie.
Na podsumowanie polecam filmik. Genialny.
Spokojnie można tam dokleić Didiera Drogbę.