Legia Warszawa zremisowała na własnym boisku z Rosenborgiem 1:1. Taki wynik co prawda nie przekreśla szans zespołu Jana Urbana na awans do fazy grupowej Ligi Europa, ale mocno komplikuje sprawę.
REKLAMA
Ogólnie mecz był nudny. Fajerwerków nie było ani z jednej, ani z drugiej strony. No może poza bramkami, bo i trafienie Koseckiego i Henriksena było przedniej urody.
Właściwie to bardziej niż wynik martwi mnie styl w jakim legioniści grali z norweskim rywalem. Rosenborg był w przekroju całego meczu zespołem minimalnie lepszym piłkarsko. To goście prowadzili przez dłuższy czas grę i to oni mają prawo czuć się faworytem do awansu.
Oprócz sposoby gry Legii niepokojąca jest też jedna rzecz, mianowicie podopieczni Jana Urbana nie potrafili wyciągnąć wniosków z własnych błędów. Bo ile razy oglądaliśmy w trakcie meczu obrazek, kiedy wściekły na swoich kolegów z linii defensywnej Kuciak wybiegał do linii pola karnego i delikatnie mówiąc upominał graczy Legii? Ja naliczyłem co najmniej trzy takie sceny. Problem w tym, że nikt nie zorientował się, że coś jest nie tak, że piłkarze Rosenborga mają przed polem karnym za dużo miejsca, że za łatwo wypracowują sobie pozycję do uderzenia z dystansu. No i to się zemściło. W 80. minucie po raz kolejny żaden z defensorów nie wyskoczył do piłkarza gości i piłka zatrzepotała w siatce.
A wystarczyło tylko posłuchać Kuciaka i zacząć agresywniej doskakiwać do rywala w środku pola.
O ile jednak Legia może jeszcze myśleć o awansie, to masakra we Wrocławiu (aktualnie jest 1:3 dla Hannoveru) nie pozostawia żadnych złudzeń, kto zagra dalej.
Ale tego, że Śląsk przegra można się było spodziewać, ciekawsze jest to co mówi pan Roman Kołtoń. Otóż nie mogę oprzeć się wrażeniu, że chyba nie przepada za trenerem Orestem Lenczykiem, bo dość często wypomina wszystkie błędy trenera Śląska. Mało tego komentator Polsatu nie zapomniał wspomnieć o fatalnej atmosferze w zespole aktualnego mistrza Polski, której winien jest - według niego - nie kto inny jak Orest Lenczyk. Zabawne.
