Siódmy tydzień leczenia. Miesiąc z interferonem i rybawiryną już za mną. Teraz czas zaprzyjaźniania się z kolejnym, nowym lekiem – inhibitorem proteazy. Nie będę ukrywać, że wymaga on ode mnie pewnej dyscypliny i mobilizacji, ale… nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło!

REKLAMA
Przed otrzymaniem leku dostałam od Pani Doktor wszystkie najważniejsze informacje odnośnie jego dawkowania. Przyjmuję go trzy razy na dobę razem z posiłkiem lub niewielką przekąską, co przy moim braku apetytu czasem bywa dosyć trudne. Ponadto bardzo istotny jest fakt, że powinnam go przechowywać w lodówce. Śmieję się, że stałam się więźniem własnej kuchni! :) Niestety nie znalazłam jeszcze sposobu na to by bezpiecznie transportować leki i mieć je przy sobie przez kilkanaście godzin z dala od domu. Dlatego wracam do siebie o stałych porach, żeby łyknąć swoje tableteczki :) Czasem faktycznie bywa to uciążliwe, ale naprawdę przy odrobinie organizacji wszystko jest wykonalne! Pamiętajmy, że to właśnie nasze zdrowie jest najważniejsze!
Trochę się martwię o zbliżające się święta i majówkę, podczas których bardzo nie chciałabym być przywiązana do swojej lodówki. Może jakiś wyjazd? Wycieczka? Tak, żeby nacieszyć się słońcem i odpocząć. Na pewno znajdę na to jakiś sposób!
Muszę przyznać, że poza wymogiem trzymania się stałych godzin przyjmowania leków i „przynależenia” do swojej kuchni, nie odczuwam nowych dolegliwości po włączeniu inhibitora proteazy :) Chociaż nie! Stop! Muszę poskarżyć się na odczuwanie suchości i gorzkiego smaku w jamie ustnej. Dlatego też zawsze mam przy sobie jakieś cukierki, gumę do żucia czy napój. I jakoś to idzie! Naprawdę nie jest źle! Wszystko po to by zwalczyć tego „małpiszona” – HCV. I tego się trzymam!