
Za niespełna trzy tygodnie ruszam po raz kolejny na Pitti Uomo, jedne z najważniejszych targów męskiej mody na świecie. To dobra okazja żeby przypomnieć czytelnikom naTemat moją wizytę u bodaj najsłynniejszego krawca Florencji. Zapraszam na podróż do świata krawiectwa najwyższej próby- do świata męskiego haute couture.
REKLAMA
Antonio Liverano przyjął mnie ze wszystkimi honorami, szczerze zdziwiony, że z Polski przychodzi zainteresowanie włoskim krawiectwem. Był ujmująco grzeczny, cierpliwie ze mną rozmawiał, mimo, że obok trwała przymiarka klienta z Japonii. Czasem tylko przepraszał na moment, aby dać wskazówki współpracownikom.
Był gentlemanem w każdym calu, zaczynając od stroju, własnego stylu, manier, tej mieszanki grzeczności i pewności siebie, która jest pełna szacunku dla rozmówcy, ale też szacunku dla siebie wymaga. O Antonio Liverano wiem mało, ale siedząc naprzeciw tego człowieka miałem pewność, że rozmawiam z postacią o dużym formacie.
To była prawdziwie dwudziestowieczna opowieść. Takich zawodowych karier już się nie robi, już się nie podchodzi tak do fachu. Nie ma już tej pokory, umiejętności czekania, ostrożności w nazywaniu się mistrzem. Antonio trafił do zawodu w wieku 7 lat w roku 1945. Biegał z tornistrem do pracowni swojego mistrza, ale zanim pozwolono mu tknąć drogich materii, igieł czy krawieckich nożyczek, przez dwa lata jego jedynym zadaniem było napełnianie żelazek rozżarzonymi węglami. Wyobraźcie sobie jak trudne i niebezpiecznie musiało być to zadanie dla kilkulatka. Ile oparzeń, ile płaczu po kątach pracowni musiało okupić wstęp do zawodu. Dopiero po dwóch latach pozwolono mu wykonywać odpowiedzialniejsze prace jak prucie pierwszych miar. Dziś Antonio uważa, że dobry wiek na rozpoczęcie nauki zawodu to 20 lat. Potrzeba minimum 10 aby zdolny uczeń został samodzielnym krawcem. Na moje pytanie ile trzeba aby dojść do poziomu mistrzowskiego, odpowiedział sentencjonalnie "tutta la vita".
"Tutta la vita"...Może właśnie dlatego trudno dziś o uczniów? Jaki 20 latek chce czekać całe życie na osiągnięcie pozycji dającej szacunek i prosperitę?
Poprosiłem Liverano o wyjaśnienie różnic miedzy krawiectwem florentyńskim, rzymskim i neapolitaskim. Zjeżył się bardzo i rzekł, że tylko we Florencji jest prawdziwe włoskie krawiectwo, a reszta się nie liczy. Po chwili zreflektował się, wyjaśniając, że tamtejsze krawiectwo jest po prostu inne, a nie gorsze. Ale cóż, pierwsze słowo do dziennika.
Neapol jest znany bo tam ciągle czynny jest zawodowo wielu krawców (we Florencji zostało ledwie kilku), wiec rzeka neapolitańskich garniturów zalewa rynek, daje się zauważyć, tworzy trend. Rzym... Znane marki, mocna konstrukcja i wypełnienie ramion (oczywiście na polskie warunki ciągle w ramionach nie ma prawie nic, a konstrukcja jest lekka). Florentyńskie krawiectwo to przede wszystkim wygoda. Garnitur ma być jak druga skóra, ubranie do pracy, do gry w golfa, do zabawy z dzieckiem w parku... Od Liverano (jak sadze żadnego włoskiego krawca) nie usłyszycie rady, aby marynarkę do samochodu zdejmować, że nie jest to ubranie "do rąbania drewna". Otóż jest jeśli klient ma taki kaprys.
We Florencji konstrukcja marynarek jest bardzo lekka i miękka. Do ramion nie daje się w ogóle niczego. Najważniejszą jednak cechą jest osobliwa konstrukcja. Cały front uzyskuje swój trójwymiarowy kształt dzięki jednemu szwowi. Zerknijcie na zdjęcie. Widać, tylko jeden szew idący od pachy do kieszeni. A teraz porównajcie to z tym co wisi w waszych szafach. Szew będzie szedł do samego dołu marynarki, ponadto będziecie mieli jeszcze jeden biegnący od kieszonki piersiowej. Taka konstrukcja wymaga dużych umiejętności w modelowaniu żelazkiem i jest bardzo wymagająca dla krawca.
Zresztą nie tylko to jest wymagające dla krawca. Naprawdę wysoka jakość włoskiego ready-to-wear powoduje, że krawcy nie mają lekko. W Polsce sprawa jest łatwiejsza. Dobra konfekcja jest dostępna, ale za ogromne pieniądze (Zegna, do niedawna jeszcze Pal Zilieri, od niedawna Brioni). Cała reszta oczywiście nie wytrzymuje porównania szyciem na miarę, dlatego do krawców ciągle zachęcam. To polska specyfika, ale nad Wisłą bespoke to często konieczność i „poor man’s choice“.
We Włoszech oczywiście nie. Niestety na tym pole mojej ekspertyzy się kończy. Włoskiego szycia na miarę nie próbowałem, a mam straszną ochotę. Sprawę znam tylko z relacji, tym cenniejszej, że dokonanej przez osobę szyjącą kiedyś u polskich krawców.Na czym polega więc różnica? Mój rozmówca (niech pozostanie anonimowy) wskazał na dwie największe. Po pierwsze tu, wyjściowy krój nie jest taki ważny. Marynarka uzyskuje swój kształt, swoją formę, dopiero na przymiarkach, których przy pierwszym zamówieniu potrzeba nierzadko 4 czy 5. Ruch, komfort, są kluczowe. Marynarka ma mieć swoją linię, formę, ale nie jest ściśle dopasowana. Wbrew pozorom włoskie marynarki mają sporo luzu.
Krawiec ma swoją wizję, którą konsekwentnie realizuje. I tu jest kolejna różnica. Krawcy mają swój styl, który da się odczuć w każdym zamówieniu. Dyskusje z nimi nie są wskazane, często po prostu nie słuchają uwag klienta, albo wdają się w niekończące dyskusje dotyczące proporcji czy stylu. Czyli postawa „robimy wszystko“, nie oznacza (jak często w Polsce), że klient ma wpływ na każdy aspekt zamówienia jeśli tylko zna się na sprawie. We Włoszech kluczową decyzją jest więc wybór krawca. To on, jego poprzednie prace, mają dać klientowi pojęcie o finalnym efekcie.
Zapraszam też na: www.macaronitomato.blogspot.com
