
„Margin Call” to dla mnie, scenarzysty, film niezwykły. Idąc na niego zastanawiałem się jak można napisać ciekawą historię o ekonomii, w dodatku dziejącą się prawie wyłącznie w brzydkich wnętrzach korporacyjnego biurowca. Scenarzyści wybrnęli z sytuacji w najprostszy możliwy sposób. Skoro od początku filmu znamy jego koniec, a historia obraca się wokół pojęć ekonomicznych (dla większości widzów abstrakcyjnych) zostało jedno rozwiązanie dramaturgiczne- zróżnicowanie postaw bohaterów i zadanie pytania- kto się ześwini i za ile? Ciekawe jak w tym kontekście wygląda filmowa garderoba i jak pracuje na bohaterów filmu. Każdy jest bowiem ubrany zgodnie ze swoją postacią, miejscem w hierarchii i wiekiem. Ale strój też zapowiada kto będzie dobry, a kto zły (to znaczy kto sprzeda się, ale po uprzednich moralnych wątpliwościach, a kto zrobi to bez mrugnięcia okiem). Wchodzimy tu więc w grząski teren psychologii ubioru.
Eric Dale nie zwraca na siebie uwagi strojem. Granatowy garnitur, biała koszula i granatowy krawat w drobny drukowany wzór (styl krawata uwielbiany przez neapolitańczyków i stanowiący trzon kolekcji słynnego Marinnelli i innych krawaciarzy z Neapolu) nie wyróżnia się niczym, ale właśnie na tym polega jego jakość. Wszystko tu gra. Proporcje ubrania (na przykład wyłogów marynarki czy kołnierzyka koszuli) doskonale dobrane do figury. Krawat na oko szerokości klap marynarki też daje poczucie harmonii. To właśnie, doskonałe dopasowanie, daje styl zestawowi. Nie ma tu kolorystycznych fajerwerków, ale na wszystko patrzy się z przyjemnością i, co najważniejsze, zestaw nie odciąga uwagi od twarzy Erica. Nie ma wątpliwości, że to on jest najważniejszą jego częścią. Eric, to jeden z dwóch good guys w tym filmie i jego ubranie pracuje na niego. Harmonia wzbudza zaufanie.
