
Imię Bolesław nie „sławi bólu”, wbrew etymologicznym pozorom. „Bolesław” pochodzi od bolij, bolszy, „większy”. Jest mianem człowieka „bardziej sławnego, niż inni”. No a kto sławi ból?
REKLAMA
...Robią to rzecz jasna masochiści.
Których nie brakuje również wśród ludzi sztuki. Kasprowicz na przykład wypisywał całe peany na cześć męki:
Których nie brakuje również wśród ludzi sztuki. Kasprowicz na przykład wypisywał całe peany na cześć męki:
"Bądź pozdrowiona, o ty bez promienia,
Który nadzieją martwe serca pieści,
Spowita płaszczem bezdennego cienia,
Źródło mej pieśni, macierzy natchnienia,
Boleści!"...
Który nadzieją martwe serca pieści,
Spowita płaszczem bezdennego cienia,
Źródło mej pieśni, macierzy natchnienia,
Boleści!"...
I tak dalej.
Nigdy nie przepadałem za masochistami; mordęga życia, nawet jeśli sam zużywam ją dla celów twórczych, nie wydaje mi się godna aż pochwały i napawania się nią.
Autorzy zaś, którzy karmią swoje dzieła nie własnym, ale czyimś bólem, są moim zdaniem zwyczajnymi sadystami. Sadystą wzorowym wydaje mi się Dante w opisach Piekła. Cóż za ohydne tortury powymyślał ten subtelny poeta dla swych przeciwników politycznych! (Nietzsche mówił o Dantem, że to „hiena żerująca w grobowcach”). W XVIII wieku sadyzmem epatuje oczywiście markiz de Sade. Romantyzm przynosi pełną okrucieństw „powieść gotycką”, z Frankensteinem Mary Shelley; wiek XX to już cały zalew horrorów, na pierwszym miejscu z ogromną literaturą „przedsiębiorstwa Holocaust”.
Mnie ból przeraża i nie wydaje mi się w świecie niczym normalnym, nawet gdy bywa ewentualnie pożyteczny jako sygnał choroby.
Bo i choroby nie wydają mi się niczym normalnym! Wraz z gnostykami pytam, dlaczego dobrzy bogowie pozwalają na ziemi panoszyć się złu, pod jakąkolwiek postacią? Ba, dlaczego bogowie aplikują samym sobie utrapienia, umierając jak Tammuz, Ozyrys, Dionizos, Chrystus?
Gdyby życie w kosmosie zostało stworzone przez potęgi prawdziwie dobre, oszczędziłyby nam one zapewne tak samo cierpień, jak rozkoszy. Urządziłyby świat wedle całkiem odmiennych kategorii: poza dobrem i złem, grzechem i świętością, zdrowiem i chorobą, ładnością czy brzydotą, sielanką i zagładą.
Otóż to: urządziłyby świat wedle całkiem innych kategorii!
Nigdy nie przepadałem za masochistami; mordęga życia, nawet jeśli sam zużywam ją dla celów twórczych, nie wydaje mi się godna aż pochwały i napawania się nią.
Autorzy zaś, którzy karmią swoje dzieła nie własnym, ale czyimś bólem, są moim zdaniem zwyczajnymi sadystami. Sadystą wzorowym wydaje mi się Dante w opisach Piekła. Cóż za ohydne tortury powymyślał ten subtelny poeta dla swych przeciwników politycznych! (Nietzsche mówił o Dantem, że to „hiena żerująca w grobowcach”). W XVIII wieku sadyzmem epatuje oczywiście markiz de Sade. Romantyzm przynosi pełną okrucieństw „powieść gotycką”, z Frankensteinem Mary Shelley; wiek XX to już cały zalew horrorów, na pierwszym miejscu z ogromną literaturą „przedsiębiorstwa Holocaust”.
Mnie ból przeraża i nie wydaje mi się w świecie niczym normalnym, nawet gdy bywa ewentualnie pożyteczny jako sygnał choroby.
Bo i choroby nie wydają mi się niczym normalnym! Wraz z gnostykami pytam, dlaczego dobrzy bogowie pozwalają na ziemi panoszyć się złu, pod jakąkolwiek postacią? Ba, dlaczego bogowie aplikują samym sobie utrapienia, umierając jak Tammuz, Ozyrys, Dionizos, Chrystus?
Gdyby życie w kosmosie zostało stworzone przez potęgi prawdziwie dobre, oszczędziłyby nam one zapewne tak samo cierpień, jak rozkoszy. Urządziłyby świat wedle całkiem odmiennych kategorii: poza dobrem i złem, grzechem i świętością, zdrowiem i chorobą, ładnością czy brzydotą, sielanką i zagładą.
Otóż to: urządziłyby świat wedle całkiem innych kategorii!
