Światopogląd to podobno specyficzny rodzaj munduru, dzięki któremu wiemy, do kogo strzelać. Jeśli tak, to klasę średnią trafiła kula redaktora Roberta Mazurka, który w ostatnim „Uważam Rze” satyrycznie opisał pokolenie tzw. lemingów

REKLAMA
Ludzie dzielą się na dwie kategorie – tych, którzy dzielą ludzi na dwie kategorie i pozostałych. Choć zdecydowanie zbyt często trafiam do pierwszej grupy, zawsze irytowała mnie tendencja do szufladkowania, którą do perfekcji opanowali prawicowi publicyści.
Dawno, dawno temu, ktoś porównał głosowanie na Platformę Obywatelską do legendy o masowych samobójstwach Lemingów, niewielkich i sympatycznych gryzoni. Według prawicowych publicystów, elektorat PO był pozbawionym refleksji stadem. Innymi słowy – w 2007 roku na partię Donalda Tuska zagłosowało 6 milionów lemingów, czekających pod urnami na sygnał do samounicestwienia. Narodził się lemingowy mem.
Alfabet nie-leminga
W najnowszym „Uważam Rze” lemingi wziął na warsztat red. Robert Mazurek. Jego „Alfabet leminga” czasem bawi. Doskonale rozumiem ideę takiej satyry. Wszystkie cechy tworzą przerysowany obraz japiszona. Oddzielnie zaś, cóż, wygląda na to, że niemal każdy raczkujący przedstawiciel raczkującej klasy średniej posiada z automatu właściwości leminga.
A wizja dyskredytowania klasy średniej zwyczajnie odrzuca. Bo przecież lemingi to przeważnie klasa średnia, która przedkłada rozrywki nad maszerowanie co miesiąc z flagą. Na tyle bezrefleksyjna, żeby bawić się podczas Euro z pomalowanymi twarzami, nic nie robiąc sobie z kolejnych martyrologicznych świąt. Rozumiem, że trudno może być komuś znieść tak „nieprawdziwy” patriotyzm. Nie rozumiem natomiast sensu obrzydzania klasy średniej, która nadaje w każdym kraju ton polityczny i gospodarczy. Brak klasy średniej charakteryzuje dziki kapitalizm, ewentualnie komunizm.
Doprawdy nie wiem co tak okropnego jest w myleniu nazw podczas picia kawy w Starbucksie. Czyżby nie-lemingom, będąc w knajpie, nigdy nie zdarzyło się prosić o „ekspresso”, „modżajto” czy „tortille”. No chyba, że nie-lemingi z domu nie wychodzą. Nie widzę też nic szczególnie złego w pragnieniu posiadania służbowej Toyoty i smartfona. Okropne problemy Pierwszego Świata. A warszawka ze wsi to już apokalipsa – czyżby wszyscy stołeczni prawicowi publicyści to warszawiacy z dziada pradziada? To musi spędzać sen z powiek nie-leminga bardziej, niż ludzie, których stać na spełnianie swoich drogich zachcianek. Lemingi wydają grubą kasę na każdy nowy gadżet Apple. Są i tacy, którzy dostępnymi środkami wspierają najsłynniejszego rodzimego redemptorystę. Obydwa przypadki obchodzą mnie równie wcale.
Oczywiście prawdą jest, że osoby kupujące – wyśmiewane przez red. Mazurka – grodzone osiedla na Ursynowie, do elektoratu Prawa i Sprawiedliwości przeważnie nie należą. Na wieloletnie kredyty hipoteczne stać przeważnie „młodych wykształconych z wielkich miast”. A to obrzydliwe lemingi z klasy średniej. Przecież każdy prawdziwy Polak powinien mieszkać w kamienicy na Śródmieściu i wspominać, jak to jego dziadom sołdaci z trzema zegarkami zabrali dworek na kresach. A nawet, jeśli część mieszkańców grodzonych osiedli to nowobogackie chamy, które dopiero co wyrwały się z zapadłych wsi? Cóż, podobno frak leży dobrze dopiero w trzecim pokoleniu. Społeczny awans jest w interesie wszystkich. A przeciętny leming to pragmatyk życiowy, który nie chce być zbawiany od złego przez prawdziwych Polaków. Przeciętniak oceni sytuacje trzeźwo i odrzuci retorykę cyników, którzy karmią ludzi bombami w Smoleńsku i najprawdziwszą Prawdą o ściśle wykluczającym charakterze.
Choć część lemingów widzi wady PO, SLD czy RP nie głosują na PiS. Prawdopodobnie, jako bezmyślni konsumenci zajęci robieniem kariery, odrzucają rewolucyjną retorykę niezwykle ważnych narodowych spraw, przelanej krwi itp. Stąd PO, mimo wielu, wielu wad, rządzi, ponieważ tworzy system ideologicznie nie nachalny.
Rozumiem, że „Alfabet leminga” to satyra. Każdy lubi sobie poużywać. Denerwuje mnie natomiast brak refleksji i usilne próby szufladkowania. I tu mogę zaskoczyć – równie mocno denerwuje szufladkowanie „moherów”.
Wszyscy jesteśmy lemingami
Istnienie podziałów nie jest niczym złym – jest naturalne. Problem pojawia się, gdy ludzie rezygnują z samodzielnego myślenia. Opieranie się na zasłyszanych opiniach to rodzaj bezrefleksyjnej wiary. A tam, gdzie pojawia się bezrefleksyjna wiara znika największa zaleta istnienia podziałów – perspektywa dyskusji nad rozwiązaniami stworzonymi w oparciu o demokratyczny dialog. Z fanatykami natomiast bardzo trudno rozmawiać. Fanatyk nie chce umotywować swoich poglądów, on je po prostu ma – zostały mu nadane. Kilka sloganów to nie jest argument.
Niestety powyższe dotyczy zarówno „lemingów”, jak i „moherów”. Bardzo niepokoi pogląd, jakoby bycie świadomym czy posiadanie głębszej refleksji było skutkiem popierania którejś opcji politycznej. Cechą systemów wodzowskich jest zakaz posiadania własnego zdania i opierania się na opiniach zasłyszanych. To właśnie rodzaj bezrefleksyjnej wiary, który szczególnie mnie brzydzi.
Sytuacja się nie zmieni, dopóki będziemy poddawać się socjotechnicznym zabiegom dzielenia nas „na tych i ich”. Bez skrajnych idiotyzmów dwóch stron może się okazać, że tak naprawdę niewiele się różnimy. Podzieloną społecznością łatwiej się rządzi, więc w interesie polityków jest propagowanie antagonizmów. Mohery przeciwko lemingom. A ciągła bitwa nie jest przyczyną, lecz skutkiem braku umiejętności prowadzenia dialogu. Na szczęście jest jeszcze spory obszar pośrodku – ludzi, którzy niezależnie od opcji politycznej, nie będą wyzywać od oszołomów, robić sobie jaj ze Smoleńska, krytykować każdej decyzji rządu, ośmieszać, etykietować i żądać aby każdy wykluczający pogląd stał się normą prawną. Największym problemem polskiej demokracji nie są lemingi i mohery. To tylko stereotypy – konstrukty myślowe istniejące w umysłach tych, którzy opisują nimi siebie i innych. Co jak najbardziej leży w interesie polityków, ponieważ każda wygrana bitwa to spory kapitał polityczny, niezależnie od kosztów i ilości ofiar.