Grube podeszwy stukają o bruk. Z nogi na nogę dumni Panowie przeskakują w oczekiwaniu na młodzieżowy spęd. Nic im nie umknie. Wszystko przejrzą. Dogłębnie spenetrują. W razie wątpliwości przełożonego zapytają. Pijanych nie wpuszczają. Wyglądających na pijanych też nie wpuszczają. Oni jedynie mogą wyrazić zgodę na przepuszczenie przez ich rentgenowskie spojrzenie.

REKLAMA
Dojrzą obłudę w każdych oczach. Zwrócą dobitnie uwagę, że pytać nie warto, denerwować nie można, wyrazić opinię - broń Boże przed tym ! Bo wylecieć możesz - na zbity pysk i koncertu nie obejrzysz. Po artyście to właśnie oni są najważniejszym ogniwem wydarzenia. To w końcu dla nich na koncerty się przychodzi. Bo każdy pragnie być wymacany i potraktowany przedmiotowo. Zwrotów grzecznościowych nie używają, dla nich jesteś "Ty". Przedrzeć się przez ochronę bez nerwicy równa się wyczyn. Uśmiechów nie uznają. Są zbyt poważni. Profesjonaliści. Kretyni się tylko śmieją i Ci co mają coś do ukrycia! Dlatego przejrzeć wszystko muszą. Taka ich praca -trochę lotniskowa. Przemytników szukają, nikomu nie darują.

Raz na jakiś czas w każdym ochroniarskim rodzie przychodzi na świat ochroniarz jasnowidz. Moc jego jest duża i niezwykła. Doświadczyłem spotkania z takim typem człowieka i zapamiętam go do końca życia. Zmęczony po 20 godzinach pracy, chciałem się zrelaksować i do klubu na koncert się wybrać. Przy wejściu kolejek już nie było. Miejsca dużo. Papierosa dopaliłem, kawę dopiłem i przez stodole wrota się przedarłem. Na wejściu jasnowidz zagrodził mi drogę. Spojrzał swym przenikliwym wzrokiem w oczy moje, zasępił się przez moment, wyprostował, zagulgotał i rzekł pełnym wdzięku ale i pewności głosem - Ty nie przejdziesz, piłeś. Pot zalał mi czoło, myśli przepływały mi przez głowę, Boże, kiedy, jak wypiłem, czy ja już nie pamiętam ? Ochroniarz na mnie spojrzał i nie minęła chwila gdy rzekł: To co ? Wychodzisz, czy mamy ci pomóc ?. Zaskoczony pojąłem, że człowiek pomóc mi chciał, naprawdę zamartwił się moim stanem wskazującym na spożycie. Może nawet i bym się ugiął, może i z propozycji skorzystał ale wszakże tego dnia nie piłem. O kawie się nie przyznałem. Jasnowidz rozpoczął decydujące starcie. Telefon do przyjaciela czy koło ratunkowe ? Policja czy alkomacik ? Badanko czy wypad ? Nie wiedziałem co czynić. Zdałem sobie sprawę, że z prawdziwym diabelskim smokiem walczę. Podjąłem wyzwanie ! Gotowy byłem by dmuchnąć w uroczą rureczkę. Ochroniarz takiej sytuacji nie przewidział. Głos mu się załamał a zdał sobie sprawę, że wszystkie opcje poniżenia wykorzystał. Łatkę alkoholika mi przykleił przy znajomych.
Gotów byłem walczyć do upadłego ! Gdy tu nagle na horyzoncie, niczym wróżka w bajkach dla dzieciach, pojawił się przełożony przełożonego ochroniarza. Prawdziwy negocjator wychowany na amerykańskich filmach. W potężną dłoń alkomat pochwycił i zadał decydującego pytanie Pił Pan czy nie - Długo milczałem zaskoczony użyciem sformułowania "Pan". Odpowiedziałem w końcu, że nie piłem. Wróżka spojrzała na mnie i darowała mi winy. Wszakże każdy popełnia błędy. Bo pamiętajcie moi mili ale ochrona błędów nie popełnia. My jedynie utrudniamy ich pracę a za to są surowe konsekwencje. Miałem się o tym wkrótce przekonać.
Koncert zespołu Bastille okazał się do tego doskonałą okazją. Okoliczności sprzyjały. Dwugodzinne oczekiwanie na otwarcie klubu w mrozie i rosnącym glucie z nosa miało zakończyć się wspaniałymi doświadczeniami. A jakże ! Tak właśnie było. Wkroczenie na teren rozpoczęło żmudną procedurę utrudniania życia. Jasnowidz zamienił się w wiedźmę, która wietrzyła podstęp. Mój plecak stał się polem bitwy. Sokoli wzrok ochroniarza padł na tablet - Nie przejdziesz z tym ! - zakrzyknął ochroniarz wpatrując się we mnie mądrym wzrokiem. Wyglądał prawie jak Gandalf. Pojąłem wówczas, że igrzyska czas zacząć. Niepotrzebnie zadałem pytanie - Dlaczego ? Otrzymałem mądrą i filozoficzną odpowiedź - Bo nie! - Ale dlaczego ? - zadałem pytanie po raz kolejny. - Bo jest zakaz! To jaka decyzja. Wchodzisz czy nie ? 20 zł i zostajesz, albo nie zostajesz i wychodzisz! Mądrość jego słów dogłębnie mnie poruszyła, bo wszakże mogę wejść albo nie. Bazyliszkowy wzrok śledził tablet. Ochroniarz bał się, że mógłbym schować (może) w majtki i słuch by po nim zaginął. Mój sprzęt (elektroniczny) stał się zakładnikiem a obrońca ładu szukał następnych podejrzanych rzeczy. Miałem wszystko wyciągnąć z plecaka. Ekspresja jednak nie pozwoliła mi usiedzieć na miejscu, pragnąłem pomóc. Wyrzuciłem więc wszystko na piękną drewnianą ławkę. Dostałem drugie ostrzeżenie - Spokojnie, bo wyprowadzimy ! . Zostałem poproszony nawet o otworzenie teczki z dokumentami. Czegoś szukaliśmy...
Gdy ja walczyłem z zamkiem, ochroniarz pochwycić w dłonie maść na skórę i namiętnie się temu lekowi przyglądał. Za sprawą języka za pomocą którego się porozumiewamy odnalazł jednak wskazówkę. Maści jednak nie odłożył a odrzucił na pozostałe moje rzeczy. Grzebiąc pazurami jak sroka wynalazł mały portfelik na drobne. Otworzyć musiałem, drobne wyrzucić też. Wszakże to właśnie tam mogły znajdować się narkotyki!
Po długim i żmudnym przeszukiwaniu mojej własności, wymienianiu uprzejmości, otwieraniu książek i przeglądaniu kieszeni - nastał czas ostatecznego rozliczenia. Zostałem spenetrowany cały od stóp do głów z uwzględnieniem nawet kostek. Mógłbym alkohol wnieść ! Wódz pozwolił na spakowanie swoich rzeczy. Następnie przydzielono mi ochronę - bym tablet w depozycie zostawił. Odległość duża, bo od miejsca w której staliśmy do depozytu - dwa metry. Mógłbym na tablecie na koncert odlecieć. Ochroniarz zadał kolejne pytanie - Masz 20 zł ? Bo płaci się z góry. Pojąłem wówczas, że nie mogę liczyć się z poziomem dyskusji mistrza. Nawet za mnie zwrócił się do kobiety w depozycie - Mam tu człowieka, co ma za depozyt zapłacić. Doglądał nawet jak płaciłem za swój sprzęt. Dopiero wówczas odszedł, zmierzył mnie raz jeszcze wzrokiem bazyliszka i udał się do swojej groty - między drzwiami wejściowymi a wejściem na koncert. Jako nagrodę za wysiłek otrzymałem świstek, który miał dać mi szansę odzyskać sprzęt. Na malutkim rachuneczku z tyłu wyrzeźbione smutne "3". Skrawek papieru dobrze schować musiałem, inaczej mógłbym już więcej nie zobaczyć swojego narzędzia pracy.
W malutkiej kanciapce stał szef ochrony. Zdanie swoje wyraziłem. Opowiedziałem pobieżnie i pokrótce - popatrzył, pokiwał głową. Zapewne nie słuchał. Był bardzo zajęty. Kolejny normalny dzień w warszawskim byłym studenckim klubie. Oby do końca. Oby do zamknięcia. A kto za to wszystko płaci ?