Zanim w garnku zacznie się dziać coś smacznego i aromatycznego, musi zajść przemiana w tych, którzy do garnka wrzucają – to naczelna zasada moich „Kuchennych rewolucji”. Nie wolno przyrządzać jedzenia byle jak i w kiepskim nastroju. Nasza depresja może spłynąć na potrawy i pogrążyć nawet największą kulinarną bitwę. Dlatego dbam, by właściciele lokali, nad którymi pracuję w programie, myśleli miłośnie i pozytywnie.

REKLAMA
Ryba psuje się od głowy. Powtarzam to często ludziom, których spotykam na drodze „Kuchennych rewolucji”. Najpierw pracuję nad nastawieniem restauratorów do świata, nad ich poczuciem własnej wartości. Oczyszczam atmosferę wokół nich. Dopiero potem biorę się za jedzenie, które serwują w swoich knajpach. W podejściu do jedzenia warto naśladować Żydów. Oni przygotowania do szabasowej kolacji traktują jak prawdziwe święto. Koszerne rytuały trzymają się mocno od wieków. Czy to kwestia ortodoksyjnego podejścia Żydów, czy może raczej ich wrodzona mądrość? Szacunek do stołu integruje, a kultura stołu świadczy o rozwoju danej społeczności. Żydzi to wiedzą, a reszta świata powinna się od nich uczyć.
Czuję, że panie wściekną się na mnie, ale to powiem – w dawnych czasach uważano, że kobieta w trakcie menstruacji nie powinna gotować, no i coś w tym jest. Niegdyś tłumaczono, że taka kobieta jest „nieczysta”, w istocie chodzi zaś o to, że w „te dni” jest poddenerwowana. Z doświadczenia mogę powiedzieć, że miesiączkującej kobiecie zawsze zwarzy się majonez. Nie ma co podawać na talerzu złej części swojego życia, negatywnych emocji. To mój apel nie tylko do kobiet, ale do wszystkich, którzy zbliżają się do kuchni.
Ten sezon „Kuchennych Rewolucji” jest pełen dylematów osobistych, rodzinnych historii. Problemów bardziej psychologicznych niż kulinarnych. Gdy wchodzę do restauracji z problemami, zaczynam prowadzić terapię grupową. Znajduję słabe punkty, staram się rozmasować konflikty, pogodzić ludzi ze sobą i – takich uzdrowionych – dopuścić dopiero do garnka. To działa!
Rewolucje – z całym sztabem wspaniałych realizatorów – przyniosły ogrom szczęścia, wiele dobra i pieniędzy tym, którzy w nich wzięli udział. Dostałam dziesiątki sms-ów z podziękowaniami za podarowanie drugiej szansy, za wzruszenia, których dostarczam restauratorom i telewidzom. W jednej z wiadomości ktoś napisał, że odkąd byłam w jego domu, pojawił w nim się także Bóg. Jestem z tego poruszenia niezmiernie dumna. Wiem, że podziękowania płyną prosto z ludzkich serc i głów.
Ludzie, którzy nas karmią, to ludzie ważni. Powinniśmy ich szanować, a oni muszą czuć, że są mistrzami mistycznej niemal ceremonii. Zaznaczam kolejne punkty na mapie Polski, kolejne miasta, do których zawędrowała kulinarna rewolucja. Zielona Góra, Koszalin, Gorzów Wielkopolski, Pszczyna, Nowy Sącz… Reformowanie nie jest łatwe i miłe, ale dochodzą do mnie wieści, że przemiany, które zaszły w zreorganizowanych przeze mnie restauracjach są trwałe. Znajomi próbowali ostatnio zjeść obiad w Czarciej Łapie w Lublinie. Na stolik czekali trzy godziny. Knajpy wokół lokali, które przeszły remanent także usiłują dostosować się do nowych zasad. Równają poziom. „Kuchenne Rewolucje” zarażają wszystkich. To pozytywny wirus, przed którym nikt nie musi się bronić. Kulinarny pejzaż kraju zmienia się na naszych oczach. Zakosztujcie tej rewolucji koniecznie. Rozsmakujcie się w Polsce.