W długi weekend, w okresie krótkiej wolności od biurowych rytuałów, rozpieszczeni majówkowym ucztowaniem, powinniśmy krytycznie spojrzeć na nasze codziennie kulinarne przyzwyczajenia. I ze zgrozą pomyśleć o tym, co zazwyczaj jadamy w pracy. Jeżeli pragniemy zdrowego, długiego i szczęśliwego życia – a przecież pragniemy – powinniśmy nasze żołądki traktować z szacunkiem i należną im czułością. Lunch, proszę państwa, to poważna sprawa.

REKLAMA
Żyłam w kraju, w którym porządny lunch był warunkiem sine qua non udanego dnia. Hiszpania to wspaniały kraj, w którym lunch nakręca zarówno koniunkturę ekonomiczną, jak i kondycję psychiczną jego obywateli. Żaden mieszkaniec Hiszpanii nie wpadnie na to, by zrezygnować z tej genialnej przerwy w pracy i kulinarnego oddechu na rzecz samotnego, jedzonego w pośpiechu przy biurku „niby lunchu”. Przywiązanie Hiszpanów do biesiadowania podkręcił jeszcze kryzys. Okazało się, że w dobie wysokich cen żywności i paliwa jedzenie w restauracjach opłaca się bardziej niż jedzenie w domu. Podobnie jest w Paryżu czy w Toronto. Pracownicy wielkich korporacji przestali przypominać mrówki, które znoszą z domów do biur „wałówkę” w plastikowych pojemnikach. Korzystają na tym wszyscy: pracownicy firm – bo są bardziej zrelaksowani, szefowie firm – bo ich podwładni są zadowoleni i pracują wydajniej, restauratorzy – bo kryzys ich się nie ima.
U nas kultura lunchowa nadal kuleje. Polskie biura pachną odgrzewanymi w mikrofalówkach kotletami, parówkami zagryzanymi przed ekranami komputerów, jajkami na twardo i pasztetową. W wersji nieco mnie przaśnej, pracownicy polskich firm dzień w dzień żywią się roznoszonym bo biurach pseudo sushi oraz wypakowanymi majonezem kanapkami. Je się w pośpiechu, gdy szef nie widzi, nieraz nawet na stojąco. Nie ma w tym ani krzty przyjemności, zabija to także umiejętność celebrowania jedzenia. Co ważne, grozi to nie tylko spadkiem formy fizycznej, z rakiem żołądka włącznie, ale i utratą energii psychicznej, która do pracy jest przecież niezbędna.
Jedzenie musi mieć swoją oprawę. Znajdźmy choć pół godzinny dziennie na to, by wyjść na powietrze, by uwolnić się od biurowej klimatyzacji. Przewietrzmy mózg i oczy. Poplotkujmy z kolegami z pracy, oderwijmy się od stresu, który czeka na nas w biurze. Zjedzmy coś gorącego, na przykład zupę-krem lub lekką pastę. Fantastycznym rozwiązaniem są również potrawy jednogarnkowe oraz dania z rusztu. Wszystko, co świeże, niezbyt ciężkostrawne i nie pachnie pracą będzie balsamem dla naszych żołądków.
Uważacie, że to droga przyjemność? Niech wasza firma umówi się z knajpą obok, żeby wydawała dla waszej grupy lunch za 10 złotych dziennie od osoby. Każdej restauracji podobna umowa będzie się opłacać. Restauratorzy zyskają stałych i licznych klientów, więc z przyjemnością będą dla was gotować: od serca i niedrogo. 10 złotych to tyle, ile kosztuje majonezowa kanapka. To mniej niż kosztuje pseudo sushi. Za to radość życia, którą odzyskacie, jest bezcenna.
Kto wie, może do spaghetti powinniście zamówić kieliszek czerwonego wina? Latem zaś, do dań z rusztu, mały kufel chłodnego piwa? W południowych krajach popijanie wina do lunchu nie jest niczym zdrożnym, u nas kojarzy się nadal z alkoholizmem i regularną popijawą w godzinach pracy. Nauczymy się pić powoli i w małych ilościach. Wrzućmy na luz, nie spinajmy tak pośladków. Lunch – jedzony codziennie w miłym towarzystwie – to element głębszej filozofii, w której człowiek odnosi się z szacunkiem do siebie samego. Do swojego zdrowia oraz kondycji umysłowej. Dbajcie o siebie, proszę, nie tylko od święta.