Do jedzenia ociekających tłuszczem kanapek z sieciówek nikogo nie będę przekonywać. Nazywanie ich hamburgerami to nieporozumienie i kulinarna profanacja. Prawdziwy, klasyczny hamburger to doskonałej jakości mięso, serwowane w akompaniamencie aromatycznych dodatków, wśród których prym wiedzie słodkawy, natarty koprem ogórek. Bułkę doradzam zostawić.
REKLAMA
Najlepsze hamburgery w życiu jadłam w Hiszpanii i w Kanadzie. Moim ukochanym miejscem, do którego pędzę, gdy najdzie mnie ochota na smak klasycznego burgera, jest stoisko na madryckim San Lorenzo. Podają tam czterdzieści różnych jego gatunków. Wybrane mięso można skonsumować tuż obok. Przygotują nam je specjaliści, którzy dobiorą przyprawy, warzywa oraz odpowiednie trunki. Usytuowane w starej części Madrytu stoisko, chociaż hołduje najdoskonalszym tradycjom hiszpańskiej kuchni, jest szalenie nowoczesne.
Z kolei w Kanadzie porządny hamburger figuruje w karcie każdego szanującego się lokalu. Podaje się go z frytkami oraz z genialnymi ogórkami, o słodkawym smaku. Czuć w nich koper oraz miód. Ogórki nadają potrawie smak i świeżość. Aromat podbija imbirowy keczup, w którym macza się wielkie krążki cebuli. Podobnej mieszance trudno się oprzeć. W Kanadzie polecam szczególnie punkt z hamburgerami, który pewien zapaleniec otworzył na środku autostrady. Gdy jadę z Toronto na północ, zazwyczaj raczę się rarytasem wprost z polowej kuchni. Przy stoisku na okrągło piętrzy się kolejka – ten interes to, poza wszystkim, żyła złota.
W hamburgerach najważniejsze jest, rzecz jasna, mięso. Karierę w Polsce robi powoli wołowina Kobe z importu. Pochodzi z krów karmionych piwem, nacieranych piwem, a przede wszystkim stojących. Niestety, hodowla zwierząt na ten gatunek mięsa nie wypada zbyt ekologicznie. „Krowa Kobe” spędza życie unieruchomiona, otłuszcza się, więc jej mięso jest później smaczniejsze. Amerykańskie krowy również mieszkają w ciasnych boksach. To tajemnica smaku amerykańskich hamburgerów. Tymczasem polskie krowy przeważnie nadal hasają po polach. Rodzima wołowina jest twarda, bo krowa biega.
Najważniejsze, żeby wołowina była świeża. Przekonałam się o tym dobitnie, przygotowując „Kuchenne rewolucje”. Próbowałam rozkręcić restaurację Jesz Burger w Lublinie. Jej znakiem rozpoznawczym miała być dostępność wielu gatunków świeżego mięsa, eksponowanego przy wejściu. Knajpa nie przygotowała się na mój powrót – po rewolucji zawsze wracam do zmienionej restauracji – i…wołowinę kucharze musieli pożyczać z sąsiedniego lokalu. Dostałam trupa w bułce. Dobrze, że ten hamburger mnie nie zabił. Nigdy więcej!
Ciekawy patent na hamburgera wynaleźli Francuzi. W ich wydaniu jest to upieczony, doskonale nam znany, tatar. Tataro-hamburgery serwują nawet u słynnego szefa kuchni, Alaina Ducasse’a. My, Polacy, tatara spożywamy rzecz jasna na zimno, ale gdyby naszła Was ochota na małe szaleństwo, spróbujcie go w wersji francuskiej, na gorąco.
Polski hamburger, tak naprawdę, to kajzerka z mielonym. Nie ma się czego wstydzić, proszę państwa! Wiadomo, jesteśmy zapatrzeni na Zachód, próbujemy naśladować Amerykanów we wszystkim, więc tuczymy się frytkami na wołowym łoju z wiadomej niby-restauracji, która uzależnia. Ewentualnie płacimy krocie za importowaną wołowinę. A gdyby tak spojrzeć jeszcze raz na swojskie mielone? Dobrze zrobione, są feerią smaków i mogą konkurować z najlepszymi burgerami. Kiedy ktoś odkryje siłę prostoty?
