Ostatnio, po długim i wyczerpującym dniu pracy, wylądowałam wieczorową porą w hotelu. Dużym, sieciowym i – zdawałoby się – gościnnym. Byłam głodna jak wilk, ale okazało się, że w nocnym cateringu figurują wyłącznie trzy sfatygowane kanapki. Chleba nie jem, więc poszłam spać głodna.
REKLAMA
Niestety, pracoholicy podobni do mnie nie mają w Polsce łatwego życia. Ci, którzy kończą pracę po 22, muszą liczyć się z tym, że w większości polskich knajp o tej porze nie ma już kucharzy, a w hotelach wino i jedzenie po zmroku trzyma się pod kluczem. Desperatom w hotelowych pokojach pozostaje uczta na bazie przebojów z mini-barku: orzeszków, batonów oraz nieprzyzwoicie drogiej whisky. Niełatwo być pięknym, gdy jest się ambitnym, prawda?
Zasypiając głodna, pożałowałam, że nie zabrałam ze sobą klasycznej hotelowej wałówki. Parmezan, pomidor, mała butelka oliwy, cytryna, paczka szynki parmeńskiej lub wędzonego łososia – warto wrzucić to do walizki, gdy wybieramy się w podróż po Polsce. Inaczej grozi nam głodówka, ewentualnie kompulsywne pochłanianie pizzy lub zalanych majonezem zapiekanek, dostępnych na stacjach benzynowych.
To smutne, że nie ma u nas pomysłu na zagospodarowanie takiej rzeszy potencjalnych odbiorców. Pracoholicy mają pieniądze, ale nie mają gdzie ich po pracy wydawać. Jeśli zażądasz w hotelu masażu indywidualnego w pokoju, przed północą, pomyślą, że chodzi ci o seks. Gdy domagasz się nocą melona z szynką, przyniosą tobie łaskawie wrzątek i zaproponują chipsy z lodówki.
Ciemno wszędzie, głucho wszędzie – tak wygląda Polska nocą. Pracownicy wielkich korporacji, którzy w ciągu dnia jadają dania z mikrofali albo pseudo sushi na telefon, nie mają szans na kolacyjny relaks. W ciągu dnia jadają samotnie, wyłącznie w asyście swoich komputerów. Wieczorami nie jedzą nic albo stołują się w domach, smutno i tłusto.
Jest kilka miejsc, rozsianych po Polsce, których właściciele szanują potrzeby zgłodniałych pracoholików. Modrzewie Park Hotel w Szczawnicy to przyjemne spa, w którym otworzą dla nich bar nawet o 2 w nocy. W restauracji Carskiej w Białowieży serwuje się dania „do ostatniego gościa”, a wieczorem w sercu białowieskiej puszczy pracoholicy mogą liczyć na kojące działanie bani. Ambitnych smakoszy nakarmią karczmy: Polany w Kościelisku oraz Janosik w Bukowinie Tatrzańskiej. Nie wypędzą ich przedwcześnie także z knajpki Kuchnia i Wino w Pszczynie. W moim Fukierze kuchnia pracuje do ostatniego gościa, a w Słonym można jeść do 2 w nocy. Mam nadzieję, że pomysł ten podłapią inni restauratorzy. I polska noc nie będzie już głodna.
