Zamieszanie wokół podhalańskiego odcinka „Kuchennych rewolucji” to wielkie nieporozumienie. Posiłkując się metaforą: odkryłam przypadek gruźlicy, ale nie obwieściłam wcale, że na Podhalu mamy epidemię. Mój program z założenia pomaga ludziom, a nie im szkodzi. Udało mi się już przeprowadzić z góralami niejedną udaną rewolucję, ale o tym mało kto dzisiaj pamięta. Bo w mediach bad news to good news.

REKLAMA
Mam wrażenie, że zostałam wykorzystana w przedziwnej kampanii o nieco politycznym zabarwieniu. Wiadomo, jakie poglądy mają mieszkańcy Podhala. Są tradycjonalistami, twardym PiS-owskim elektoratem. Z rewolucji kuchennej wkroczyliśmy nagle w sferę światopoglądową – tak, jakbym nie miała pracować nad kuchnią, tylko nad góralskimi obyczajami. Wsadzono mnie na sztandar, który nie jest mój.
Podhale ma swoje bolączki, ale nie jestem ekspertem w tej dziedzinie. Artykuł w „Newsweeku”, tym ze mną na okładce, trafnie definiuje problemy, z którymi borykają się górale. Tyle że ja nie mam ambicji, żeby zmieniać góralską mentalność. W „Kuchennych rewolucjach” wkroczyłam mimowolnie w dramat jednej rodziny. Starłam się zadziałać, by uratować chylącą się ku upadkowi restaurację. Nie twierdzę, na bazie tego doświadczenia, że w każdej góralskiej rodzinie piją i biją. Choć w niektórych tak się dzieje. Być może naruszyłam jakieś tabu rozmodlonej góralszczyzny.
Jestem prowokatorką, ale wolę nią być w kwestii smaku, a nie polityki. Za kuchnią góralską, mówiąc oględnie, nie przepadam. Gotowanie po góralsku to wieprzowina, mąka i śmietana. Ciężkie, niezbyt finezyjne. Z tym większą radością myślę o miejscach, które na Podhalu karmią więcej niż dobrze. To Karczma „Obrochtówka” w Zakopanem, „Polany” w Kościelisku czy „U Polowacy” w Szczawnicy. W tej ostatniej polecam obłędny gulasz z sarny. Wyśmienita włoska kuchnia w polskich górach też się znajdzie. U „Janosika” w Bukowinie Tatrzańskiej, gdzie dają pizzę, za którą sama dałabym się pokroić.
Podhale, także za sprawą „Kuchennych rewolucji” dostało solidnego kopa. Do działania, do dobrego gotowania. Mam nadzieję, że ta cała afera medialna nie zaprzepaści mojego wysiłku. Bo ja jestem Magda Gessler, a nie Janusz Palikot. Nie chcę być niczyim ministrem do spraw rozrywki. Walczę o dobrą kuchnię i nie lubię przegrywać.

Nawiasem mówiąc… Palikota bardzo lubię. Nie mam jednak ambicji bycia politykiem. Raczej wolę być dobrą „kucharką”.