Do wyborów pozostało jeszcze 75 dni. Już za 4 dni rusza konwencja republikanów na Florydzie, gdzie wciąż stosunkowo swieży duet Romney-Ryan oficjalnie odbierze nominację swojej partii do walki o Biały Dom. 11 dni później, na konwencji demokratów w nieodległej Karolinie Północnej, Prezydent Obama będzie przekonywał Amerykanów, że to on w Białym Domu powinien zostać jeszcze cztery lata.

REKLAMA
Od odliczania dni i wyborczych newsów nie można już tu uciec. Dotychczas wydawało mi się, że wszędzie widzę ślady kampanii, bo jej sama szukam, ale kiedy wczoraj w popularnym w Georgetown sklepiku z babeczkami zobaczyłam pyszności z charakterystycznym osiołkiem i słonikiem symbolizującym partie polityczne, stało się jasne, że przedwyborcza gorączka dotarła tu już niemal wszędzie i z pewnością dopadnie mnie jeszcze (bez szukania) w innych nieoczekiwanych miejscach.
Swoją drogą ciekawe czy właściciele cukierni prowadzą statystyki czy lepiej schodzą babeczki ze słoniem czy osłem. Jeśli tak, to z pewnością o takim “słodkim sondażu” jeszcze gdzieś usłyszę: marketing prowadzonego w tym miejscu programu kulinarnego pod tytułem “DC Cupcakes” już zrobił swoje, i żeby skosztować babeczki o niebiańskim smaku “chocolate ganache” trzeba zwykle odstać w długaśnej kolejce. I choć te nowe wyborcze babeczki prezentowały się równie smacznie, klienci wokół mnie póki co nie mieszali podniebienia z polityką.
W ostatnich dniach w Waszyngtonie po raz pierwszy od dłuższego czasu zrobiło się szaro za oknem i nieźle popadało, więc poskakałam trochę po kanałach telewizyjnych, by na niemal każdym usłyszeć zaciekłe dyskusje z gośćmi z obu stron politycznej barykady. Format programów oczywiście w ogóle nie dziwi, choć po raz kolejny zaskoczyła skala i ton. Washington Post alarmuje, że tak “jadowitej” kampanii jeszcze nie było. Spoty wyborcze przygotowane przez grupy wspierające kandydatów rzeczywiście są coraz ostrzejsze, i nie wiadomo już czy więcej czasu zabierają same reklamówki czy dyskusje nad granicami które przekraczają, ale o tym postaram się napisać kiedy indziej.
Komentatorzy zdają się pracować na okrągło zmieniając jedynie telewizyjne studia, wiec i relacjom nie ma końca: Że kandydat na prezydenta Mitt Romney
i ogłoszony niedawno kandydat na wiceprezydenta Paul Ryan pokazywali się najpierw osobno, a teraz planują już razem. Że zarówno Obama jak i Romney znów zakasują rękawy i wyruszają do tych kilku stanów, których wyborcy mają rozstrzygnąć tegoroczne wybory. Że Obama mimo ogromnych wysiłków wciąż zbiera mniej funduszy od rywala. Że młodzi już tak entuzjastycznie nie pójdą
w tym roku do urn wyborczych jak 4 lata temu. Że cała nadzieja Obamy
w kobietach, zwłaszcza po kompromitujacej wpadce republikańskiego kandydata na senatora Todd’a Akin’a na temat rzadkich przypadków ciąż w wyniku gwałtów, bo “ciało kobiety ma swoje sposoby by je zablokować”. Że wynik wyborów i tak będzie zależał przede wszystkim od stanu amerykańskiej gospodarki.
Każdego dnia media donoszą też o nowych twarzach, które mają się pojawić
na konwencji to jednej czy drugiej partii. Ostatnim hitem jest Artur Davis – były kongresman z Alabamy, który 4 lata temu przemawiał na konwencji demokratów i gorąco namawiał do głosowania na Obamę, a teraz ma równie żywiołowo opowiadać o swoim rozczarowaniu i poprzeć konkurenta na konwencji republikanów. Czekam aż pojawią się popularne tu naklejki na zderzaki samochodów z podobnym przekazem. Jeszcze nie widziałam, ale jestem pewna, że to tylko kwestia czasu.
Od wszechobecnej debaty może pękać już głowa, a ostatnia prosta dopiero przed nami. Od przyszłego tygodnia zaczynają się wspomniane konwencje,
a w październiku jeszcze ponoć ten najważniejszy test, czyli telewizyjne debaty. Sztaby złożone z najlepszych mózgów politycznych na świecie i sami kandydaci już z pewnością trenują (choć trudno nie zastanawiać się kiedy?) a ja czekam
z niecierpliwością. Do tego czasu skuszę się może nawet na wyborcze babeczki.