Właśnie miałam zacząć pisać o tym, jak rośnie tendencja obwiniania mediów o wszystkie plagi tego świata, gdy od rana trafiam na burzę związaną z przeklejaniem cudzych treści. Przekleja cały świat korzystający z Internetu, jedni robią to z poszanowaniem praw autora, inni nie, więc sam fakt nie jest ekscytujący.
REKLAMA
Opinię internetową rozgrzało to, że zrobiła to dziennikarka i zostało to umieszczone na łamach portalu natemat.pl. Tu wytłumaczenia nie ma żadnego. I nie należy mylić inspiracji z zawłaszczaniem treści, bo pomysłów na ciekawe materiały szukamy wszyscy, nie tylko dziennikarze, ale i blogerzy, i piszący do portali tematycznych, „piarowcy” i obsługujący strony WWW czy portale społecznościowe.
Moje dodatkowe zdziwienie wywołuje brak wyobraźni autorki i wiedzy o istnieniu systemów wykrywających praktykę skopiuj-wklej, ciekawi mnie co myślała, tworząc swój tekst, biorąc nawet tytuł z bloga Kominka. Mój Boże, gdzie te czasy, kiedy w redakcjach płaciło się za dobry tytuł!
Tylko w jednym ma rację Tomasz Machała, dyskutujący w Wirtualnych Mediach pod zamieszczoną informacją o wydarzeniu: stara szkoła dziennikarska mówi, że powinno się pozyskać opinię drugiej strony i to szczególnie wtedy (a nie mimo, jak napisał w poście), gdy chodzi o negatywny wydźwięk artykułu czyli wyraził pretensje do WP, że nikt do niego nie zadzwonił w tej sprawie. Pełna zgoda. Mało tego, te zasady powinny obowiązywać wszystkie media, te w Internecie również. Jednak odwoływanie się do starej szkoły dziennikarstwa jest wołaniem na puszczy, bo od lat już wielu dziennikarzem zostaje ten, kto robi materiały na łamy i anteny, nawet praktykant czy stażysta. Zniknął dobry zwyczaj wprowadzania do zawodu przez doświadczonych kolegów z redakcji, stopniowego dopuszczania do coraz trudniejszych tematów, komentatorem zostawało się dopiero wtedy, gdy pierwsze siwe włosy doświadczenia pojawiały się na głowie. Rozumiem, że świat przyspieszył, że presja na newsa, że ma być z jasną tezą, że ma się dziać, że mediów teraz zatrzęsienie, nie wspominając o kierunkach studiów kształcących dziennikarzy. Tyle, że łatwo sobie strzelić w stopę i zniszczyć zaufanie czytelników i widzów. A to jest kapitał nie do przecenienia.
Moje dodatkowe zdziwienie wywołuje brak wyobraźni autorki i wiedzy o istnieniu systemów wykrywających praktykę skopiuj-wklej, ciekawi mnie co myślała, tworząc swój tekst, biorąc nawet tytuł z bloga Kominka. Mój Boże, gdzie te czasy, kiedy w redakcjach płaciło się za dobry tytuł!
Tylko w jednym ma rację Tomasz Machała, dyskutujący w Wirtualnych Mediach pod zamieszczoną informacją o wydarzeniu: stara szkoła dziennikarska mówi, że powinno się pozyskać opinię drugiej strony i to szczególnie wtedy (a nie mimo, jak napisał w poście), gdy chodzi o negatywny wydźwięk artykułu czyli wyraził pretensje do WP, że nikt do niego nie zadzwonił w tej sprawie. Pełna zgoda. Mało tego, te zasady powinny obowiązywać wszystkie media, te w Internecie również. Jednak odwoływanie się do starej szkoły dziennikarstwa jest wołaniem na puszczy, bo od lat już wielu dziennikarzem zostaje ten, kto robi materiały na łamy i anteny, nawet praktykant czy stażysta. Zniknął dobry zwyczaj wprowadzania do zawodu przez doświadczonych kolegów z redakcji, stopniowego dopuszczania do coraz trudniejszych tematów, komentatorem zostawało się dopiero wtedy, gdy pierwsze siwe włosy doświadczenia pojawiały się na głowie. Rozumiem, że świat przyspieszył, że presja na newsa, że ma być z jasną tezą, że ma się dziać, że mediów teraz zatrzęsienie, nie wspominając o kierunkach studiów kształcących dziennikarzy. Tyle, że łatwo sobie strzelić w stopę i zniszczyć zaufanie czytelników i widzów. A to jest kapitał nie do przecenienia.
