I znowu wszyscy niezadowoleni: policja złapała za mało chuliganów z bijatyki przed meczem Polska-Rosja, wyroki za niskie, potępienie ze strony polityków za małe. Do komentarzy rzucili się wszyscy, aktorzy, pisarze, publicyści, muzycy - wszyscy mądrzy po szkodzie. Oj, nie lubimy, gdy świat wystawia nam złe oceny…
REKLAMA
A tymczasem, od wielu lat… Młody człowiek przychodzi do redakcji na praktykę. Przygląda się. Uczyć musi się szybko, bo przecież chce pracować. Wiedzę zdobywa sam, bo nikt nie ma czasu, a przede wszystkim, dlaczego doświadczony dziennikarz ma pomagać komuś, kto może za chwilę stać się konkurencją, może zagrozić jego pozycji.
Poza tym, przecież młody człowiek interesuje się mediami od dawna, skończył lub właśnie kończy jakieś studia w tym kierunku, nawet poznał paru wybitnych dziennikarzy, którzy prowadzili zajęcia na jego uczelni. Widzi więc co się liczy, kto ma szansę się przebić, jak są robione materiały dziennikarskie, żyje tu i teraz.
Na kolegiach redakcyjnych uczy się jak należy podchodzić do tematu, ba, nawet jakie tematy mają szansę zaistnieć na łamach i antenach, a także jak przedstawić zaproponowany przez siebie temat, żeby przebić się na tej swoistej giełdzie. Gdy już dostaje zgodę na robienie materiału, zbiera się do ruszenia „na miasto”, dostaje ostatnią wskazówkę: pamiętaj, masz pokazać, że… - i tu dowolnie, w zależności od tego jaka to redakcja, albo lewi są fajni, a prawi nie, bądź odwrotnie i wcale nie mam na myśli tylko polityki. To się nazywa materiał z tezą. Stara się bardzo, zależy mu na uznaniu szefa, chce się wyróżnić. I tak długo formuje, ugniata, ulepsza rzeczywistość aż zadanie będzie wykonane: materiał będzie budził emocje, Internet zahuczy, a koledzy będą zazdrościć, bo oglądalność/słuchalność/czytelnictwo wzrośnie. A jeśli jeszcze zaczną go cytować (nawet co jakiś czas prowadzone są badania, na kogo najczęściej powoływały się inne media), powód do dumy będzie jeszcze większy.
W mediach internetowych wyścig dotyczy nie tyle treści, ona jest drugorzędna, co tytułu. Im więcej „kliknięć”, tym tytuł lepszy. Zgodność z między jednym a drugim jest nieobowiązkowa. Bo maszyna odnotuje każde kliknięcie, zestawi w wyniki, które będzie można pokazać reklamodawcom. I będzie z czego żyć.
I dlatego przed meczem trudno było znaleźć wyważone dziennikarskie materiały, tytuły i okładki krzykliwie nawiązywały do wojen w naszej historii, w sieci nie brakowało haseł rodem z retoryki bitewnej. Dzienniki radiowe zaczynały się od cytowania powyższych, ewentualnie przytaczały najbardziej „wyraziste” wypowiedzi osób publicznych. Telewizje okraszały to obrazkami, na których widoczne były symbole radzieckie. Wielkie ściganie, kto bardziej zaskoczy, kto lepiej podkręci, trzeba wykorzystać ten mecz do podniesienia słupków popularności.
I dlatego przed meczem trudno było znaleźć wyważone dziennikarskie materiały, tytuły i okładki krzykliwie nawiązywały do wojen w naszej historii, w sieci nie brakowało haseł rodem z retoryki bitewnej. Dzienniki radiowe zaczynały się od cytowania powyższych, ewentualnie przytaczały najbardziej „wyraziste” wypowiedzi osób publicznych. Telewizje okraszały to obrazkami, na których widoczne były symbole radzieckie. Wielkie ściganie, kto bardziej zaskoczy, kto lepiej podkręci, trzeba wykorzystać ten mecz do podniesienia słupków popularności.
A później, zaskoczeni intensywnością agresji, wszyscy rozkładają ręce (no, może nie wszyscy), robią zdziwione miny i udają niewiniątka. Ojej, ale się porobiło…
Gdy siejesz wiatr, zbierasz burzę. Może wreszcie ludzie wypowiadający się publicznie (nie tylko politycy), ludzie decydujący o przekazie w mediach, ludzie kształcący w uczelniach wezmą odpowiedzialność za słowo.
Gdy siejesz wiatr, zbierasz burzę. Może wreszcie ludzie wypowiadający się publicznie (nie tylko politycy), ludzie decydujący o przekazie w mediach, ludzie kształcący w uczelniach wezmą odpowiedzialność za słowo.
PS Zauważyłam światełko w tunelu – dyskusje w studiu telewizyjnym TVP przy okazji meczów, nawet dla mnie, zupełnie nie znającej się na piłce nożnej, są interesujące: goście ciekawie mówią i znają się na rzeczy, dziennikarze nie lansują się za wszelką cenę (no, prawie wszyscy) i dają spokojnie wypowiedzieć się zaproszonym specjalistom, nie przerywają w pół zdania, żeby zadać „kontrowersyjne” pytanie, nie wprowadzają nerwowej atmosfery. Przecież futbol sam z siebie jest pełen emocji. Oby coś z tego zostało!
