Moja znajoma w połowie lat 90-tych uczestniczyła w szkoleniu z umiejętności trenerskich, które było prowadzone w Wielkiej Brytanii. Uczestnicy byli wielonarodowi. W pewnej chwili padło pytanie od osoby, która wybierała się do Polski w sprawach zawodowych: Jak nawiązać kontakt z Polakami, jak przełamać pierwsze lody? Trener, człowiek z bogatym doświadczeniem, odpowiedział: Najpierw trzeba ponarzekać… na co? A na wszystko, na pogodę, podatki, zdrowie i rząd.

REKLAMA
Wtedy Polak uzna przybysza za swojaka, kogoś, komu można zaufać, bo przecież podziela ten sam sposób patrzenia na świat. Wprawdzie nie ma żadnych wiarygodnych badań na ten temat, ale z mojej subiektywnej prostej obserwacji wynika, że gdyby naukowo do tego podejść, to okazałoby się, że w naszym języku publicznym najwięcej jest używanych słów takich jak: zdrada, nieszczęście, łajdacy, klęska, tragedia, oszuści, złodzieje, chamy, nieudacznicy, debile, porażka, przekręt….i tak dalej. Może z wyjątkiem ostatnich trzech tygodni. Takiej erupcji pozytywnych emocji, a co za tym idzie i słów nie pamiętam jak żyję, a zebrało się tego już parę ładnych lat. Nawet przełom lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych nie niósł takiej radości w ludziach, jak teraz, podczas tego turnieju. No, może tamta radość była inna, naznaczona zmianami ekonomicznymi i politycznymi. A ta futbolowa była fiestą i zabawą. Okazuje się, że ludzie w Polsce umieją się bawić, są otwarci na inne zachowania, obyczaje, kulturę. Szczególnie młodzi, otrzaskani po świecie, znający języki, mający znajomych z różnych, nawet egzotycznych krajów, nie tylko na portalach społecznościowych. Nawet z Rosji.
Jakże archaicznie podczas tej ogólnej radości i uśmiechu zabrzmiały słowa polskich dyżurnych fatalistów, żeby nie powiedzieć ponuraków. Jak oni, biedacy, musieli się źle czuć bez codziennej dawki nieszczęścia, bez aferki, bez poplucia na coś lub kogoś, choćby takiego maluśkiego, takiego mimochodem. Zastanawiam się kto doradził Jarosławowi Kaczyńskiemu ogłaszanie z dużą pompą, że Euro 2012 jest kompletną klęską. Oczywiście, szef największej partii opozycyjnej powinien mieć swoje zdanie, może ma dostęp do informacji o przekrętach przy budowach, o kosztach utrzymania stadionów i tego, że nie będzie nas na to stać, o stratach poniesionych na utrzymanie porządku i o innych ważnych, niepokojących rzeczach. Tylko, że czas, w którym to ogłosił, czas radości powszechnej i niespotykanej w naszym narodzie pogody ducha, zupełnie wykrzywił efekt, który chciał osiągnąć. Niewątpliwie zamiarem Jarosława Kaczyńskiego było zdyskredytowanie partii rządzącej i jej lidera. A jak wyszło? No, śmiesznie wyszło. A tego nikt nie lubi.
Ten wpis jest tylko częściowo o tym, na czym się znam. Odczytanie nastroju społecznego jest jedynie moim odczuciem, wrażeniem i podzielaniem go z innymi. Natomiast w sprawie budowania efektywnej komunikacji już mogę się fachowo wypowiadać i szczerze zalecam szefowi PiS zmianę doradców od PR.