Pani pokojowa we włoskim hotelu układała wdzięcznie moją piżamę na poduszce, podczas gdy byliśmy na kolacji. Nieco mnie to śmieszyło i, w gruncie rzeczy, nie bardzo mi się podobało. Gdy opowiedziałam o tym mojej znajomej, zobaczyłam na jej twarzy uśmiech wyższości i usłyszałam: No cóż, w hotelach czterogwiazdkowych jest to standard.
REKLAMA
Pieniądze są jedną z tych spraw w życiu człowieka, które wzbudzają ogromne emocje. Szczególnie cudze pieniądze. Tydzień temu zawzięcie dyskutowano nad wpisem dziennikarza Gazety Wyborczej, Wojciecha Staszewskiego, który napisał z rozgoryczeniem, że pracując w pierwszej lidze dziennikarskiej nie ma za co pojechać na imprezę biegową do Frankfurtu. Teraz, nie tylko fora, ale i media roztrząsają postępek Jakuba Śpiewaka, który przyznał się do zdefraudowania sporych kwot w założonej przez siebie fundacji KidProtect.pl. Zgoda, są to odległe od siebie o lata świetlne sprawy, jednak obie łączy właśnie emocja związana z pieniędzmi.
Tak się ta nasza cywilizacja ułożyła, że pieniądze świadczą o statusie społecznym człowieka. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że zaczynają one wchodzić w sferę wartości: ten co ma więcej jest lepszy, bardziej udany, zdolny, mądry łamane przez cwany, czyli ogólnie bardziej wartościowy. W dodatku wystarczy rzucić okiem na stojaki z prasą i magazynami, włączyć telewizję, żeby zobaczyć co się w życiu liczy. Oprócz sławy, rzecz jasna, ale ta bywa ulotna i na ogół jest związana z dobrą kasą. W Polsce nie ma licznej, dobrze sytuowanej średniej klasy, która stabilizuje ekstrema, czyli wyjątkowo bogatych z jednej strony, i wyjątkowo biednych z drugiej. A ta średnia warstwa, to bardzo wielu ludzi o wielu profesjach: od dziennikarza, poprzez finansistę, na firmach budowlanych i średnich przedsiębiorcach kończąc. Pamiętam, gdy na przełomie lat 70-tych i 80-tych moja siatkarska drużyna uniwersytecka była goszczona przez studentów z Rotterdamu. Nie mogliśmy się nadziwić temu, jak mieszka i żyje nauczyciel wf-u tamtejszego uniwersytetu. Dla nas to był bogacz: segment na przedmieściach, dwa samochody, dzieci na studiach i… pogodny luzik człowieka bezpiecznego. W Polsce jakoś nie możemy się dorobić tej średniej warstwy, a to jeden kryzys, teraz mega załamanie gospodarcze, więc ci, którzy powinni zasilać jej szeregi (również nauczyciele, również ludzie służby zdrowia, również…) ciągle niedoinwestowani, ciągle zmagają się z oporem materii. Dodać trzeba jeszcze wyjątkowo polską przypadłość. Zawiść. Nie chodzi o zwykłą zazdrość, która często motywuje (co, ja nie potrafię?), ale zawiść, chęć pognębienia tego, któremu się udało, ewentualnie radość, gdy powinie się komuś noga (wystarczy przeczytać kilka wpisów zarówno pod tekstem dziennikarza, jak i założyciela fundacji).
Dlatego doskonale rozumiem rozgoryczenie dziennikarza, też pracowałam w pierwszej lidze radiowej, a zarywałam noce łapiąc różne chałtury, żeby zapewnić dziecku wakacje. I rozumiem, choć nie tłumaczę, zachłyśnięcie się szefa fundacji pewnym luzem finansowym. Wszyscy potrzebujemy stabilizacji, poczucia bezpieczeństwa i dążymy do statusu społecznego, który nas interesuje.
Uśmieszek mojej zamożnej znajomej pomógł mi określić mój stosunek do pieniędzy: bardziej od gwiazdek hotelu interesuje mnie frajda z jazdy na nartach. Jeśli miałabym wybierać, to mogę sobie sama układać piżamę w skromnym pokoiku, jeśli pod nosem mam ponad sto kilometrów znakomitych tras. Tylko… czy nie można mieć obu rzeczy naraz?
